FreshRSS

🔒
❌ About FreshRSS
There are new articles available, click to refresh the page.
Before yesterdayRandki z Frankiem Szwajcarskim. Szwajcaria made in Poland

Ratunku!! Były maile i ich nie ma

Drodzy Randkowicze,

Niedawno przenieśliśmy się z Randkami z Frankiem na nową stronę internetową, randkizfrankiem.pl

To oznacza, że w tym miejscu nie będą się już pojawiały nowe wpisy. Nie wpadną też same do Was na skrzynkę, jeżeli daaaawno, daaaawno temu się zapisywaliście do newslettera i powiadomienia o każdym nowym poście przylatywały do Was mailem.

Jeżeli nie dostaliście do tej pory nowego newslettera, to znaczy, że technologia wygrała z moją dobrą chęcią i trzeba się zapisać jeszcze raz.

Ale to wcale nie jest trudne.

Wystarczy wpisać się, o tu:

Chcę mieć nowe wpisy na skrzynce mailowej
O, to już wszystko

Teraz żaden nowy wpis Was nie ominie, tak jak to było do tej pory.

 

Blanka

Wengen Szwajcaria krowy w górach

blankaleg

Transport po szwajcarsku, czyli przenosimy się na nową stronę internetową

W życiu każdego bloga nadchodzi taki moment, w którym trzeba odłączyć się od pępowiny, jaką są platformy blogerskie i stanąć na własne nogi.

Dla Randek z Frankiem Szwajcarskim taki moment właśnie nadszedł i jesteśmy teraz dostępni pod nowym adresem internetowym

(werble) tatatatatatatatata taram!!!!

www.randkizfrankiem.pl

Spokojnie, na starym adresie jeszcze chwilę zostaniemy, więc tutaj też nas można znaleźć.

Na razie przeniosły się artykuły, zdjęcia nie wszystkie, więc systematycznie je uzupełniam.

Przy okazji możecie też przeczytać odkurzone posty sprzed kilku lat, o których dużo osób pewnie już dawno zapomniało, a które nadal cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem wśród nowych czytelników.

Mam nadzieję, że równie bezproblemowo poradzę sobie z transportem listy mailingowej.

No cóż, pożyjemy, zobaczymy, na pewno o nikim nie zapomnę i jak najszybciej będę się starała odezwać z nowego newslettera na nowej stronie.

A tymczasem….

Pod nowym adresem ukazał się post dotyczący społecznej odpowiedzialności Szwajcarów, który jest dostępny właśnie tutaj: Społeczna odpowiedzialność w Szwajcarii.

 

Do zobaczenia na Randkach z Frankiem Szwajcarskim pod nowym adresem!

 

Blanka

wp_20181026_13_14_03_pro

blankaleg

11 niebanalnych pomysłów na spędzenie czasu w zimie. W dodatku w Bernie i to jeszcze z dziećmi

Zima to taki czas, kiedy jest fajnie, bo biało i można jeździć na sankach, a z drugiej strony mrozi pupę, duje i wcale się nikomu nie chce siedzieć na tym mrozie. Szczególnie, jak dzieciakom już się leje woda z nosa i wiadomo, że będą potem przez tydzień kichać.

Oferta dla wszystkich, którzy chcą się ruszyć z domu, ale nie bardzo wiedzą, gdzie.

11 propozycji na niebanalne spędzanie czasu z dziećmi w zimie, w Bernie.

1. Bimano

Bimano to otwarta w 2017 r wielka hala post-produkcyjna, przerobiona na restaurację Zent, salę do zabaw dla dzieci i ścianki wspinaczkowe dla dorosłych.

Dla kogo?

Z względu na różnorodność zabawek i atrakcji, jest praktycznie dla każdego.

Maluchy beczące i nieraczkujące można spokojnie położyć na wielkich poduchach na podłodze, lub huśtawkach.

Żłobiaki i przedszkolaki będą się chętnie bawić na piętrze, gdzie są klocki, basen z kulkami, stosy zabawek i zjeżdżalnie. Trochę starsze starszaki mogą biegać po ukrytych korytarzach lub czołgać się po zawieszonych pod sufitem siatkach, żeby dojść do największej atrakcji dla dzieci, czyli namiotu.

Kłamię, to wcale nie jest największa atrakcja dla dzieci, tylko dla dorosłych. Żeby się wspiąć na rozpięty od sufitu do podłogi „namiot cyrkowy” trzeba nie lada umiejętności. Komu się nie uda, z gracją zjeżdża na pupie w dół.

Dodatkowo dużo samochodzików i różnej maści pojazdów, dla gimbazy rampa dla deskorolkę i hulajnogę.

Ponieważ jesteśmy w Bernie, to nie należy się tu spodziewać zabawek z najnowszych kolekcji światowych marek, tylko wszystko, co można zrecyklingować, zupcyklingować, przerobić, naprawić i używać zgodnie z własną wyobraźnią.

Dorośli mogą spróbować w tym czasie swoich sił na prawdziwych ściankach wspinaczkowych.

W tej samej hali znajduje się też bar i restauracja, co grozi nam, że w Bimano można spędzić cały dzień.

Za ile?

Do 1 roku gratis, dzieci 2-3 lata 5 Fr. Powyżej 3 lat 15 Fr. Na rampę i ścianki wspinaczkowe jest oddzielny cennik.

Parking: Do dyspozycji niewielki, podziemny parking oraz kilka miejsc postojowych dla samochodów i rowerów.

Więcej informacji: Bimano kids

 

2. Welle 7 Kinderland

Welle 7 to centrum handlowe leżące bezpośrednio przy dworcu głównym Bern Bahnhof. Na 2 piętrze jest sala zabaw, do której wstęp mają tylko dzieci.

Rodzice mogą podglądać zabawy maluchów w małym okienku, ale dużo i tak nie zobaczą, więc o wrażenia będziecie się musieli spytać własne dzieci. Moje jak na razie dużo nie gadają, więc opieram się na opinii „yhy, fajnie”.

Dla kogo?

Wstęp do Kinderland mają dzieci od 2 do 8 roku życia. W czasie, kiedy dzieci sobie hasają i zajmują się nimi opiekunki, rodzice mogą pochodzić po centrum handlowym, skorzystać z siłowni i oferty Migrosschule albo po prostu posiedzieć na plotkach przy kawie.

Ważne, że muszą się znajdować na terenie centrum handlowego, żeby w razie konieczności przybiec spidem do swoich latorośli.

Za ile?

Pierwsza godzina jest gratis, druga kosztuje 3 Fr. Dzieci mogą przebywać maksymalnie 2 godziny.

Parking: Jesteśmy w centrum Berna, po kiego diabła pchać się tu samochodem. Można dojechać absolutnie każdym innym środkiem transportu.

Więcej informacji: Welle 7 Kinderland

3. Muzeum Historii Naturalnej Berna

Naturhistorisches Museum to jedno z takich miejsc, których rodzice nie lubią, a dzieciaki – z niezrozumiałych mi względów uwielbiają.

Ogólnie rzecz biorąc chodzi o to, że można oglądać wypchane watą zwierzęta i przy okazji objaśnić trochę małolatom, jak funkcjonuje świat biologii.

Muzeum w Bernie ma całkiem sporą kolekcję nawatowanych futrzaków głównie z Afryki, więc ok, umówmy się że jest to jakaś okazja, żeby nasze dziecko zobaczyło „na żywo” antylopę lub krokodyla.

Jak ktoś jest chętny, muzeum oferuje wypożyczenie za darmo jakiegoś zwierzęcia do domu, maksymalnie 3 eksponaty na 3 tygodnie. Sowa w pokoju gościnnym, super.

Oprócz tego muzeum organizuje wystawy czasowe. Ostatnio hitem jest np. zbudowany las – można wspinać się skakać po konarze drzewa, zaglądać w gęstwinę korzeniu, odkrywać lisy, borsuki i motyle. A także krasnoludki.

Na ostatnim piętrze poznamy również historię najsłynniejszego psa na świecie, Barrego z baryłeczką, który ratował zmarźluchów przysypanych śniegiem na przełęczy św. Bernarda.

A przy okazji poznać tajniki ratowania ludzi w warunkach wysokogórskich oraz pojeździć na imitacji skutera śnieżnego.

Naturhistorisches Museum Bern Muzeum Historii Naturalnej w Bernie Muzeum Historii Naturalnej w Bernie

Dla kogo?

Muzeum nie określa, dla kogo dokładnie skierowana jest oferta „dla dzieci”. Na moje oko od 3 lat do późnego wieku szkolnego. Młodsze dzieci mogą za to w muzeum biegać, dotykać, tarzać się po podłodze i jeść przekąski i nie zostaną za to wyrzucone – też się liczy.

W podziemiach  jest raj dla przyszłych narzeczonych – kolekcja kamieni i kryształów. Co by pokazać pewnym panom, ile to jest dwa, a ile dwieście dwadzieścia dwa karaty i jak powinien wyglądać pierścionek zaręczynowy.

Za ile?

Dzieci do 16 roku życia za darmo, dorośli 10 Fr.

Parking: Brak jest wytyczonego parkingu, miejsca postojowe dostępne w wydzielonych strefach miejskich w pobliżu muzeum.

Więcej informacji: Muzeum Historii Naturalnej

4. Creaviva Zentrum Paul Klee

Muzeum dla dzieci Creaviva znajduje się w Zentrum Paul Klee i jest miejscem, gdzie  dzieciaki mogą rozpocząć swoją przygodę ze sztuką, lub też wyszaleć się artystycznie.

W ofercie znajdziemy wystawy i instalacje przeznaczone dla dzieci, kreatywne Open Studio, serie warsztatów organizowanych w czasie ferii szkolnych oraz zajęcia z muzyki i malarstwa.

Na pewno można sobie tu poobcować ze sztuką do woli – można się wybrudzić, coś nabazgrać, pognieść, podotykać i odkryć w sobie pasję tworzenia.

Dla kogo?

Oferta różnych zajęć skierowana jest do konkretnych grup wiekowych.

Na wystawy i instalacje  – zarówno te w Creaviva, jak i w „dorosłym” Zentrum Paul Klee można się wybrać w każdym wieku.

Zajęcia Musik und Malen  zapraszają maluchy od 3 lat w towarzystwie rodziców w poniedziałki o 10.00.

Warsztaty Kinderforum przeznaczone są dla dzieci od 7 lat, sobota 9.30-12.00. To dla tych wszystkich, którzy nie lubią, jak im się plastelina i farby po domu walają, a dzieci chcą jednak dać upust swojej fantazji.

Kursy w czasie ferii szkolnych – dla dzieci 7-12 lat.

Warsztaty Funflieber dla małych i dużych rodzin – dzieci tworzą dzieła wraz ze swoimi rodzicami, bez opiekuna artystycznego. Otwarte w sobotę i niedzielę od 10.00 do 16.30

OpenStudio to organizowane 2 ( w tygodniu) lub 3 (w weekendy) razy dziennie godzinne spotkania dla artystów od 4 do 88 lat, z rodzicami dla tych do lat 8.

Za ile?

Ceny są bardzo różnorodne, w zależności od rodzaju zajęć – znajdują się w podanych wyżej linkach. Wystawy interaktywne są za darmo. Jednorazowa wizyta może nas kosztować 5 Fr za stworzone wspólnie z rodzicami dzieło w ramach Funflieber, za to wizyta w Openstudio – 15 Fr. Kursy Musik und Malen kosztują 260 Fr za 12 spotkań, a kwartał w Kinderforum 225Fr.

Parking: Bezpośrednio przy Zentrum Paul Klee jest dostępny duży parking samochodowy.

Zentrum Paul Klee w Bernie Zentrum Paul Klee w Bernie

5. Baseny Bernaqua, Wyler, Hirschengraben i Wyermannshaus

Najwięcej atrakcji dostarcza Bernaqua w centrum handlowym Westside.

3 rury do zjeżdżania i spiralowania, 18 basenów w tym 2 zewnętrzne, ciepłe, zimne, z tarasem i strefą SPA, basenik dla dzieci, grota parowa i inne powodujące chorobę morską atrakcje dla małych i dużych.

Dla kogo?

Rury do zjeżdżania dostępne są w zależności od rodzaju dla dzieci od 8-10 roku życia.

Maluchy też znajdą tu coś dla siebie, oprócz tego, że mogą się po prostu pluskać i skakać z rodzicami w wodzie.

Dla rodziców głównie część SPA, w tym zewnętrzne baseny z widokiem na Berno i sauny. Teoretycznie rury do zjeżdżania i spirale też są dla dorosłych, ale ja już raz byłam w takim przybytku szczęścia i więcej nie pójdę. Niech się małolaty drą ze strachu.

Za ile?

Nie jest tanio. 3h wstęp dla dorosłych kosztuje 35Fr, ze strefa SPA 50 Fr. Dzieci 6-15 lat 25 Fr.

Parking: Bernaqua znajduje się na terenie centrum handlowego Westside, parkingi są ogólnodostępne dla klientów centrum.

Więcej informacji: Bernaqua

Ale to nie jedyny – chociaż najdroższy i najfajniejszy – basen w mieście.

Jeżeli komuś nie zależy na szaleństwach panny z mokrą głową, a chce jedynie spędzić trochę czasu w wodzie ze swoimi pociechami, może wybrać jeden z miejskich basenów.

Basen Hirschengraben jest ogólnodostępny w niedzielę w godz. 12.00-18.00. Baseny Wyler i Weyermannshaus w niedzielę od godz. 12.00 są do dyspozycji rodzin z dziećmi. Oprócz tego wszystkie trzy baseny mają dostępny cały czas dodatkowy, mniejszy basen do nauki pływania.

Za ile?

Dzieci 6-16 lat 3,80 Fr., dorośli 7,50 Fr. Dostępne są różnego rodzaju zniżki – z kartą Kulturlegi, tańsze karnety, dla rodzin wielodzietnych.

Więcej informacji : Sportamt miasta Berna

6.  Teatr

Wizyta w teatrze ma to do siebie, że żeby coś zrozumieć, to trzeba już znać co nie co język niemiecki. A najlepiej dialekt, bo przedstawienia dla dzieci rzadko kiedy są w klasycznym niemieckim.

Berno zaprasza najmłodszych teatromanów do 3 teatrów, wszystkie znajdują się na Starym Mieście.

Teatr Lalek Berner Pupen Theater  zaprasza dzieci od 5 roku życia. Jak sama nazwa wskazuje, w repertuarze występują kukiełki i marionetki.

Schlachthaustheater koło Ratusza zorganizował ciekawą ofertę zarówno dla brzdącali 1-3 letnich, jak i trochę starszych dzieci szkolnych. W niedzielę o godz. 15.00 w tym samym czasie odbywają się 2 przedstawienia – maluchy z rodzicami biorą udział w interaktywnej zabawie, a starszaki od 6 roku oglądają „dorosłe” pokazy.

Jak ktoś zna niemiecki, to trafnie odczyta nazwę teatru jako…rzeźnia. To całkiem logiczny tok myślenia, do XIX wieku w tym budynku znajdowała się jedna z oficjalnych, berneńskich rzeźni miejskich.

W tym teatrze odbywają się też przedstawienia gościnne, na przykład po angielsku.

Theater Matte zaprasza na przedstawienia w dialekcie dzieciaki od 3 roku życia.

Za ile?

Teatr lalek :Dorośli 22Fr, dzieci 18Fr.

Schlachthaustheater: Dorośli 15 Fr, dzieci do 16 lat 10 Fr. Na przedstawienia dla maluchów cena dla wszystkich 5Fr.

Teatr Matte: Dorośli 37 Fr, dzieci do 16 lat 20 Fr.

Parking: Z racji tego, że teatry są na starówce, nie ma tam możliwości parkowania auta.

Więcej informacji: Teatr lalek Schlachthaustheater, Teatr Matte

7. Turnhalle Krabbel Gym

Na terenie Narodowego Centrum Jeździectwa (Nationales Pferdezentrum) jedna ze stajni dla koni służy jako hala do akrobatyki. Haha, serio.

Sala jest wyposażona we wszystkie potrzebne do tego urządzenia jak trampoliny, kozły, tony materacy, obręcze, piłki i takie tam.

W niedzielę w godz. 9-11 oraz 14-16 halę przejmują we władanie dzieci. Hulaj dusza, mogą skakać, fikać koziołki i robić, co im się tylko podoba.

Maluchy lepiej ubrać lekko, w skarpetki lub miękkie kapcie. Można też skakać na bosaka.

Ponieważ jest to zazwyczaj hala używana do zwykłych ćwiczeń akrobatycznych, jest w niej niestety dużo kredy i pyłu unoszącego się w powietrzu – dzieci z alergiami muszą uważać.

Dla kogo?

Dla dzieci od 1 do 4 roku życia, rodzice mogą (i powinni) towarzyszyć dzieciom. Przy pierwszej wizycie należy wypełnić formularz danych osobowych, przy kolejnych wystarczy już tylko zameldować przy wejściu.

Za ile?

Za friko. Wstęp jest bezpłatny, można przebywać dowolną ilość czasu w wyznaczonych godzinach.

Parking: Na terenie Centrum jeździectwa oraz w pobliżu znajduje się kilka miejsc do zostawienia samochodu.

Więcej informacji: Krabbel Gym

Krabelgym Bern

8. Open Sunday 

Nie tylko maluchy i brzdącale mogą się wyskakać i wyhasać do woli.

Dla dzieci z podstawówki zawsze w okresie zimowym od października do marca/kwietnia  otwierają swoje podwoje sale gimnastyczne. Jak wiadomo, dzieci w Szwajcarii jakieś całkiem niewyżyte są, biegają i biegają w czasie zajęć szkolnych, ale i tak im mało.

Dlatego w weekend też mogą iść do szkoły.

Turnhalle Manuel, Rossfeld, Schwabgutt, Brunnmatt oferują zajęcia z trenerem w niedzielę w godz. 13.30-16.30, na dzieci czeka też podwieczorek, czyli Zvieri.

Dla kogo?

Dla uczniów szkół podstawowych, bez rodziców.

Za ile?

Za friko.

Więcej informacji: Open Sunday

9. ä Halle wo’s fägt oraz MiniMove

Tak, ja też nie wiem, co to pierwsze znaczy.

Ale wiem, że w ramach tej oferty maluchy mogą – podobnie jak starszaki powyżej – skorzystać z przyrządów sportowych w salach gimnastycznych Breitfeld (ä Halle wo’s fägt) oraz Stelgerhubel i Bethelem (Minimove)

Różnica jest taka, że tym razem rodzice przebywają tam wraz ze swoimi dziećmi, pod okiem trenera. Sala w Breitfeld jest otwarta w niedziele w godz. 9.30-11.30, dwa razy w miesiącu, a dwie pozostałe – co niedziele od 14.00 do 16.30.

Dla kogo?

Breitfeld dla dzieci 0-6 lat, a Stelgerhubel i Bethelem dla dzieci w wieku 2-6 lat.

Za ile?

Za frikosa.

Więcej informacji: Chindaktiv oraz Minimove

10. Kernenziehen

Wytapianie świec przed Bożym Narodzeniem to stara szwajcarska tradycja.

Polega na tym, że dostajemy do ręki kawał sznurka, który następnie zamacza się w beczkach z płynnym, kolorowym woskiem. Pomiędzy nurkowaniami sznurkami trzeba poczekać ok.1 min, żeby jedna warstwa wosku zaschła, zanim sznurek oblepi się kolejną.

Warstwy mogą być kolorowe, profesjonaliści kroją lub skręcają ciepłe, niezastygłe jeszcze świece, żeby kolorowe warstwy pokazały się światu i świeca wyglądała bardziej elegancko.

Ale nawet te najprostsze, jednokolorowe, mogą dostarczyć dzieciom dużo zabawy.

Trzeba mieć tylko dużo cierpliwości. „Wytopienie” jednej świecy to ok. pół godziny.

Takie atrakcje dla dzieci są tradycyjnie organizowane w grudniu na jarmarkach bożonarodzeniowych na Waisenhasuplatz i Münsterplatz, jak również przez większość kościołów – daty trzeba sobie sprawdzić w swojej parafii.

Dla kogo?

Dla dzieci, które nie poparzą się gorącym woskiem i potrafią trochę uważać, żeby nie zalać innych dzieci, jak się zamacza i wyjmuje swój sznurek z beczki. Maluchom może się szybko znudzić, ale jako ciekawostka warto im pokazać. Zazwyczaj to rozrywka dla dzieci z podstawówki.

Za ile?

Cena świeczki zależy od jej wagi, czy tego, ile razy obtoczymy ją w wosku. W zależności od miejsca, kosztuje to 2-4 FR za 100 gr.

11. Lodowisko na Bundesplatz

Na koniec będzie jednak na świeżym powietrzu, ale bez odmrażania sobie pup.

Od początku grudnia na placu przed Parlamentem Bundeshaus dostępne jest lodowisko.

Na miejscu można wypożyczyć łyżwy i kaski (odpłatnie), w tym również łyżwy dla maluchów.

Za darmo za to są chodziki – pingwiny, ale żeby je dostać to lepiej udać się w godzinach porannych tuż po otwarciu lodowiska, bo inaczej dzieci rzucają się sobie do gardeł, żeby je zdobyć.

Dla kogo?

Dla dzieci, które potrafią już samodzielnie siedzieć i dorwą się do pingiwna, na którym można też siedzieć, czyli od 1 roku życia.

Cała reszta – jak się czuje na siłach to może jeździć sama, albo z gracją pchać przed sobą pomocnika łyżwowego pingwina.

Za ile?

Wstęp na lodowisko jest bezpłatny, płatne jest za to wypożyczenie sprzętu.

Spodobała Wam się ta lista?

Jeżeli macie swoje własne propozycje na niebanalne spędzenie czasu, chętnie poczytam o tym w komentarzach.

Byle do wiosny.

Bazar świąteczny w Bernie

blankaleg

Naturhistorisches Museum Bern

Muzeum Historii Naturalnej w Bernie

Muzeum Historii Naturalnej w Bernie

Zentrum Paul Klee w Bernie

Zentrum Paul Klee w Bernie

Krabelgym Bern

10 rzeczy, które musisz zobaczyć w stolicy Szwajcarii. Berno w 1 dzień, krok po kroku

Berno to piękne miasto i na pewno warto tu przyjechać.

Co warto zobaczyć w Bernie w ciągu jednego dnia?

Nie musicie już wertować przewodników i kluczyć po mieście w poszukiwaniu ciekawych miejsc, bo oto poradnik każdego turysty: gotowa wycieczka krok po kroku, w dodatku z mapą.

Widok na Stare Miasto w Bernie. Katedra Munster
Panorama Berna. Widok na Stare Miasto, w centrum widoczna Katedra Munster

#1. Rosengarten

Nasz plan zakłada, że jako turysta przyjeżdżasz do Berna pociągiem i chcesz jak najwięcej zobaczyć, ale jak najmniej się nachodzić.

Proponuję zacząć od końca, czyli od Rosengarten, zgodnie z dewizą Hitchcocka, że film zaczyna się od trzęsienia ziemi a potem napięcie tylko rośnie.

Rosengarten znajduje się na wzgórzu górującym nad Starym Miastem i rozciąga się z niego zapierający dech w piersiach widok na całe miasto. Tak, taki widok, który pokazują wszystkie pocztówki i słitfocie.

Jak sama nazwa mówi, Rosengarten to ogród różany. Oczywiście sam ogród jest najpiękniejszy wiosną i latem, gdy kwitną setki gatunków kwiatów (nie tylko róż), ale jest to miejsce oblegane przez turystów i berneńczyków przez cały rok. Oferuje dużo przestrzeni do biwakowania na trawie, grania w piłkę, jest tu bardzo duży i ciekawy plac zabaw oraz restauracja z widokiem na Stare Miasto. Rezerwacje trzeba zrobić na pewno na 2 dni wcześniej.

Najwięcej osób przychodzi pozachwycać się widokiem i strzelić sobie fotkę na ławce z Einsteinem.

A co zrobić, żeby się wdrapać na wzgórze i jeszcze przy tym nie zmęczyć? Ha! To jest powód, dlaczego zwiedzanie Berna zaczynamy od tyłu, gdyż spod dworca dojeżdża tu całkiem wygodnie autobus nr 10. Wysiadka na przystanku Rosengarten.

A skoro się nie wdrapywaliśmy, to czas zejść na dół, zgrabną ścieżynką prosto w paszcze berneńskich misiów.

Autobus nr 10 w stronę Ostermundigen, Peron L koło sklepu Loeb. Bilet normalny 4,60 Fr

#2 Bärengraben

Bärengraben oznacza nie mniej nie więcej tylko jamę misia.

Miś to symbol Berna, od niego też pochodzi nazwa miasta – Bärn (po niemiecku Bär). Legenda głosi, że założyciel miasta książę Berthold V von Zähringen udał się na polowanie i nazwał swój nowozałożony gród imieniem pierwszego zwierzęcia, które upolował.

Cóż, nieoficjalne plotki donoszą jednak, że najpierw upolował zająca…Ale jak widać, musiał polować dalej, bo Berno nie nazywa się Hase, tylko Berno.

Berneńskie misie to symbol i maskotka miasta – wszyscy przychodzą tu sobie je podglądać. Do niedawna misie zamknięte były na niewielkim okrągłym wybiegu, który – po protestach ekologów i obrońców zwierząt został zamieniony na misiowe muzeum a niedźwiedzie dostały całkiem wypasione SPA na brzegu rzeki Aare.

Przy okazji turyści dostali wiele nowych możliwości podglądania misiów – z góry wzdłuż wybiegu; po zejściu w dół schodami lub przeszkoloną windą – wzdłuż rzeki;  na kamerkach live, kiedy misie sobie smacznie śpią w swojej jamie.

Misie w Bernie Bern capital of Switzerland; Bears in Bern
Widok na Barengraben od strony rzeki Aare

Przy okazji misiów warto wpaść do znajdującego się tuż obok Altes Tramdepot – jednego z najpiękniej odrestaurowanych budynków w Bernie, który niegdyś służył za zajezdnię tramwajową, a dziś jest restauracją i siedzibą informacji turystycznej.

Przechodzimy mostem Nydeggbrücke na drugą stronę, machając jeszcze raz z góry misiom na pożegnanie.

Bern Barengraben, bear park in Bern. View from the bridge
Widok na Barengraben z mostu Nydegasse

Tuż przy wejściu na most znajdują się dwie rogatki miejskie. Jedna z nich do niedawna służyła za siedzibę jednego z najmniejszych – ale i najsłodszych – muzeów w Szwajcarii – Swiss Brand Museum. Niestety, w 2017 r. muzeum zostało zamknięte i znajduje się tu teraz jeden z najmniejszych hoteli w Szwajcarii.

Został otwarty w czerwcu 2018 r wraz innymi mikro-hotelikami w 11 miastach Szwajcarii  w ramach projektu Pop-up Hotels. Wszystkie inne mają być na koniec sezonu zamknięte, tylko ten berneński zostanie otwarty na stałe.

Na moście patrzymy się w prawo i widzimy najstarszy zachowany w Bernie, kamienny most Untertorbrücke.

# 3 Stare Miasto i Kramgasse

A teraz rozciąga się przed nami raj dla zakupoholików, czyli najsłynniejsza ulica handlowa Kramgasse (jak zresztą jej nazwa sama wskazuje).

Główne sklepy znajdują się w podcieniach kamienic, tworząc przez to najdłuższy w Europie pasaż handlowy. Ceny – tak jak się możecie spodziewać – szwajcarskie.

O wiele ciekawsze jednak sklepiki znajdują się w piwnicach kamienic, a wejścia do nich są bezpośrednio z ulicy. Gdy sklepy są pozamykane w porze lunchu można ich nawet nie zauważyć, a warto wejść do kilku, bo zazwyczaj mieszczą się oryginalnych, kamiennych, średniowiecznych piwnicach.

bern kramgasse
Sklep z zabawkami z minionego stulecia. Nazwa Puppenklinik oznacza „Klinika dla lalek”

Kramgasse to też kolejna słynna atrakcja turystyczna Berna, fontanny miejskie. Co fontanna, to historia, ale do najbardziej znanej, ze zjadanymi dziećmi musicie jeszcze trochę poczekać i trochę się powspinać.

Zjadane dzieci? Relaksik, jeszcze do tego dojdziemy.

Fontanny w Bernie, Kramgasse, główna ulica hanldlowa w Bernie
Widok na Kramgasse w stronę Barengraben i Rosengarten

#4 Rathaus

Na wysokości Kreuzgasse skręcamy w prawo i dochodzimy do Ratusza.

W 2017 r Ratusz obchodził swoje 600-lecie istnienia. Budowę zaczęto w 1406 r i to wcale nie z powodu zniszczenia poprzedniej siedziby w szalejącym rok wcześniej wielkim pożarze Berna, lecz ze względu na prestiż. Rajcy miejscy chcieli umieścić swoje oraz przyjezdne pupy w lepszej lokalizacji i w lepszych warunkach. Na pewno jednym z najważniejszych dla nich pomieszczeń był wybudowany w piwnicach skład wina.

Budynek Ratusza jest do dzisiaj siedzibą władz miejskich i kantonalnych, choć jak na standardy XXI wieku drewniane sale nie oferują zbytnich luksusów. Tu można pooglądać, jak wygląda w środku.

Ratusz organizuje bezpłatne zwiedzanie budynku tylko kilka razy w ciągu roku, ale zazwyczaj można zobaczyć przynajmniej główny hol.

Bern Rathaus; Ratusz w Bernie
Ratusz w Bernie, sala plenarna

#5 Münster i Münsterplattform

Wracamy Kreuzgasse z powrotem i idziemy prosto, prosto do tylnego wejścia ogrodów Katedry Münster.
Münsterplattform to super miejsce na chwilowy odpoczynek, szczególnie jak jesteśmy z dziećmi. Brzdące mogą się wyhasać po środku ogrodu na placu zabaw, a my w tym czasie wypijemy kawę lub domową lemoniadę w znajdującej się w samym rogu platformy kawiarni Einstein, podziwiając widok na Aare oraz na drugą stronę miasta.

Munsterplattform in Bern
Zabawa na Munsterplattform z okazji 600-lecia wybudowania Ratusza. W tle widoczna kawiarnia Einstein

Taki zameczek z wieżyczkami widziany po drugiej stronie mostu to Muzeum Historii Berna. Dwa najwyższe piętra, w tym te piękne wieżyczki przeznaczone są na Muzeum Einsteina. Na pewno jest bardzo ciekawe i warte odwiedzenia, ale nie podczas jednodniowej wycieczki.

EInstein Museum, Bern, Bern historic museum
Muzeum Einsteina znajduje się na dwóch ostatnich piętrach Muzeum Historii Berna

Jeżeli ktoś jeszcze nie naczytał się o najsłynniejszym mieszkańcu Berna, Albercie Einsteinie, to może nadrobić to tutaj: Niepokorna dusza Albercika czyli co w Bernie atomowo w trawie piszczy.

Berneńska katedra jest największym i najważniejszym średniowiecznym kościołem w Szwajcarii. Czy można wejść na wieżę? Ależ oczywiście, że można. Po schodach. Powodzenia.

Kramgasse Bern, Munster, Rathaus
Widok z wieży zegarowej na katedrę Munster (z prawej), Ratusz (lewej) i ulicę Kramgasse

Zamiast na wieżę, można całkiem wygodnie windą miejską tuż przy kawiarni Einsteina zjechać na dół, na poziom rzeki i zobaczyć trochę Stare Miasto „od spodu”, w tym pierwszą tamę wodną, istniejącą do dziś.

A potem wjeżdżamy windą na górę (bilety kupuje się u pana w windzie) i wychodzimy z ogrodów Münsterplattform drugim wyjściem na Münsterplatz. Tu odbywa się co roku w grudniu piękny, malutki jarmark bożonarodzeniowy, który jest o wiele bardziej uroczy, niż oficjalny jarmark przy Parlamencie.

#6 Einsteinhaus

Główne wejście do Domu Einsteina znajduje się od ulicy Kramgasse, ale można też całkiem wygodnie iść Münstergasse do EinsteinKaffee (nazywa się tak samo, jak ta na Münsterplattform) i przez kawiarnię przejść do domu Einsteina. Krótka wizyta, bo też geniusz w czasach berneńskich nie śmierdział groszem, więc go było stać tylko na dwa pokoje.

Einsteinhaus Bern
Einsteinhaus, dom w Bernie, gdzie mieszkał Einstein. W tym miejscu opracował swoją słynną teorię względności

Z domu Einsteina wychodzimy znowu na główną ulicę Kramgasse i podziwiając kolejne bajecznie drogie sklepy dochodzimy do Wieży Zegarowej.

#7 Zytglogge

Wieża zegarowa to drugi – po misiach – pocztówkowy symbol Berna.

Początkowo zbudowana jako wieża obronna, dziś wieża zegarowa zbiera co godzinę tłumy turystów, czekających aż wielki zegar wybije o pełnej godzinie.

A to się muszą zawsze mocno rozczarować, bo całe show odbywa się 3 minuty przed pełną godziną. Lepiej więc być trochę wcześniej, żeby nie odejść z nosem na kwintę.

Zytglogge Clocktower Bern
Wieża zegarowa Zytglogge

Co ciekawe, zegar wcale nie wybija kurantów, możemy natomiast obserwować symboliczny spektakl z udziałem kręcących się figurek. Wieżę można zwiedzać codziennie o godz. 14.30, z wyjątkiem miesięcy zimowych.

Zytglogge seight
Mechanizm zegara na wieży Zytglogge

#8 Kornhausplatz

Po drugiej stronie Zytglogge rozciąga się Kornhausplatz, z monumentalnym Kornhaus i znajdującym się tuż obok Konzert Theater Bern.

Kornhaus to dawny skład zboża, który służył później jako schronienie dla uchodźców, spichlerz na wypadek wojny, skład wina, muzeum przemysłu oraz targ. Dzisiaj to siedziba biblioteki i licznych wystaw oraz dwóch restauracji – na parterze, gdzie niegdyś między filarami odbywał się targ, oraz w piwnicy, dawnym składzie wina.

Jeżeli się uda, to warto zajrzeć choć na chwilę do piwnicznych  Kornhauskeller. Imponująca klatka schodowa i prowadzi do zawieszonej na dwóch poziomach restauracji, a wszystko sprawia wrażenie…. jak z Titanica. Bar i restauracja są zazwyczaj czynne dopiero popołudniami, ale drzwi są często otwarte dla zaspokojenia wrażeń turystów.

Popatrzcie sami, czyż tu nie jest pięknie?

Piwnice Korhaus Keller w Bernie
fot. bindella.ch

Na Kornhausplatz znajdują się też słynne zjadane dzieci, czyli fontanna miejska przedstawiająca olbrzyma pożerającego małe berbecie, Kindlifresserbrunnen.

Wyciąga dzieciaki po kolei z torby i wsuwa z apetytem. Dlaczego właściwie on je zjada? Nikt tego do końca nie wie.  Ale warto postraszyć nim swoje latorośle.

Przechodzimy jedną z tylnych uliczek za Kornhaus, lub wracamy na naszą Kramgasse, która teraz nazywa się już Marktgasse i dochodzimy do Weisenhasuplatz, vel Bärenplatz, vel Bundesplatz. Dla przyjezdnego turysty to po prostu jeden długi plac, który ma trzy nazwy, w zależności od tego, gdzie staniemy.

#9 Bundeshaus

Parlament znajduje się na Bundesplatz, czyli zgodnie z kierunkiem naszej wycieczki – po lewej stronie.

Imponujący budynek służy za siedzibę szwajcarskiej Rady Federalnej dopiero od połowy XIX wieku, kiedy Berno zostało wybrane administracyjną stolicą.

Miejsce na nową siedzibę parlamentu zostało wybrane nieprzypadkowo – wcześniej mieścił się tu szpital oraz kasyno. To zdaje się do dzisiaj dwie stereotypowe cechy charakteryzujące Szwajcarów – opieka zdrowotna i zabawa (taki żarcik z tą zabawą).

To, co dla wszystkich najważniejsze – Parlament można zwiedzać od wtorku do soboty, w 4 językach, wstęp jest za darmo. Przy dobrych wiatrach można trafić na obrady i podejrzeć parlamentujących Szwajcarów.

Bundesplatz, Lightshow. Rendez-vous bundesplatz
Parlament w Bernie podczas pokazu Rendez-vous Bundesplatz. Widowiska świetlne odbywają się co roku na przełomie października i listopada

Na tylnym tarasie Parlamentu znajduje się odlany w brązie model budynku – to dla leniwych, którym się nie chce biegać po marmurach. Po raz kolejny możemy też oglądać panoramę miasta – tym razem na jej południowe dzielnice. Przy dobrej pogodzie – z widokiem na Alpy.

Okrągły, a właściwie ośmiokątny budynek widziany tuż pod Parlamentem to Hammam – Spa urządzone zgodnie z turecką tradycją.

Jedną z najważniejszych atrakcji dla dzieci – niestety tylko w lecie – są działające przed Parlamentem 26 fontanny, a właściwie dysze, z których nieregularnie wytryskuje woda. Dzieciaki nie mogą się oprzeć, żeby biegać między strzelającymi strumieniami wody. Co oczywiste, są po minucie całe mokre, więc zapobiegliwi rodzice rozbierają je wcześniej do rosołu.

Efekt? Przed Parlamentem jest zawsze pełno dzieci w samych majtkach.

W zimie fontanny są wyłączone, za to można sobie poszusować na lodowisku.

Bundeshaus Bern. Parlament w BErnie
Parlament w Bernie, Bundeshaus. Na placu 26 fontann symbolizujących 26 kantonów jest rozrywką dla dzieci

10# Uniwersytet i Grosse Schanze

Ulicą przy Parlamencie, Bundessgasse wędrujemy dalej na zachód do Kleine Schanze. Mały Szaniec to zielone wzgórze z parkiem, jeziorkiem z kaczkami oraz restauracją. Kolejne miłe miejsce na odpoczynek i kawę lub piwko.

Mały Szaniec, to razem z  Wielkim Szańcem Grosse Schanze pozostałości dawnych fortyfikacji Berna.

Wielki Szaniec to cel naszej podróży, niestety, chociaż nazywa się Wielki to bardzo trudno go dostrzec, bo został wchłonięty przez infrastrukturę dworca.

Z rogu Kleine Schanze dochodzimy przesmykiem Schwangengasse do głównej ulicy, dokładnie na wprost Berner Generationenhaus, starego szpitala miejskiego.

Zaprawieni w bojach berneńskich mogą przejść przez dziedziniec Berner Generationenhaus do znajdującej się przy tylnej bramie kawiarnio-restauracji Moi&Toi – uznanej za jedną z 10 najlepszych w Szwajcarii (zamiast przez dziedziniec można też iść naokoło budynku, w stronę głównego hubu komunikacyjnego).

A potem zagubić się w meandrach dworca w Bernie po to, aby podziemnymi korytarzami dojść do wind wjeżdżających na Grosse Schanze, gdzie znajduje się Uniwersytet.

Dla niezorientowanych w orientacji proponuję trasę alternatywną, omijającą dworzec.

Sprzed Generationenhaus wędrujemy w lewo, w stronę placu Hirschengraben. Następnie skręcamy w prawo i wspinając się pod górkę dochodzimy do Grosse Schanze, znajdującego się po naszej prawej stronie.

Wielki Szaniec to olbrzymia, zielona platforma widokowa, która wchłonęła znajdujący się pod nią dworzec, zajezdnię autobusów, parking, szpital i jeszcze kilka innych ciekawych rzeczy.

Idealne miejsce, żeby ostatni raz rzucić okiem na panoramę Berna, w tym na północne dzielnice miasta.

Kto się jeszcze mało nie nachodził, może zwiedzić znajdujący się w bezpośrednim sąsiedztwie Uniwersytet, albo usiąść na trawie i podziwiać go z zewnątrz.

Pamiętając, jak piękne jest Berno i jak dużo dzisiaj zobaczyliśmy, zjeżdżamy szybkimi windami na poziom dworca i wracamy do domu.

Jak się poruszać po dworcu nie będę tu opisywała, bo to historia na oddzielny post, o wiele dłuższy, niż ten. Jak Berneńczycy budują swój nowy dworzec

Podobała Wam się wycieczka?

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

1 day in Bern map
Trasa zwiedzania Berna w 1 dzień

bernartiner_zoltan_xandy_altstadt_AndreasVonGunten

Zytglogge

blankaleg

Widok na Stare Miasto w Bernie. Katedra Munster

Misie w Bernie Bern capital of Switzerland; Bears in Bern

Bern Barengraben, bear park in Bern. View from the bridge

bern kramgasse

Fontanny w Bernie, Kramgasse, główna ulica hanldlowa w Bernie

Bern Rathaus; Ratusz w Bernie

Munsterplattform in Bern

EInstein Museum, Bern, Bern historic museum

Kramgasse Bern, Munster, Rathaus

Einsteinhaus Bern

Zytglogge Clocktower Bern

Zytglogge seight

Piwnice Korhaus Keller w Bernie

Bundesplatz, Lightshow. Rendez-vous bundesplatz

Bundeshaus Bern. Parlament w BErnie

1 day in Bern map

bernartiner_zoltan_xandy_altstadt_AndreasVonGunten

10 najprostszych powodów, dlaczego Szwajcaria nie jest rajem dla pracujących matek

Wydawało mi się, że na ten temat napisał już każdy, kto może.

Wydawało mi się, że jest to dla każdego osobnika w i spoza Szwajcarii oczywiste.

A tymczasem ostatnio rozmawiałam przez telefon z kolegą z Polski i usłyszałam: „Ale jak to? Niemożliwe! Przecież to jest totalnie bez sensu. Tak się nie da pracować!”.

No nie da się i tu jest cały pies pogrzebany.

O co chodzi, mili Państwo?

O pracę matek w Szwajcarii.

Czy matkom w Szwajcarii żyje się źle?

Nie, absolutnie. Sama nawet o tym już kilkakrotnie pisałam. Jako mama dwójki berbeci nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego miejsca do mieszkania, niż Berno. Mam duży wybór żłobków, szkół, przedszkoli, placów zabaw, pediatrę za rogiem. Jest czysto, bezpiecznie, zielono, bezstresowo.

Dlaczego jest mieć fajnie dzieci w Bernie?
Czym się różnią polskie dzieci od szwajcarskich?

Problem się zaczyna, gdybym chciała być w tym samym czasie mamą pracującą zawodowo.

Szwajcaria nie jest kobietą

Znam osobiście dwie Polki-mamy, które pracują w swoim zawodzie, więc nie można powiedzieć, że nikomu się nie udaje. Ale takich przypadków jest zdecydowana mniejszość. A większość boryka się z tymi samymi problemami.

Same Szwajcarki przyznają, że macierzyństwo, system szkolnictwa i praca zawodowa nie idą ze sobą w parze. A cudzoziemki borykają się z jeszcze większym problemem, bo dochodzi jeszcze kwestia języka i „narodowości”.

Problem numer 1: Ciąża

W Szwajcarii nie ma popularnej w Polsce instytucji „zwolnienie chorobowe na ciążę”. Lekarze nie wystawiają, a pracodawcy nie chcą honorować zwolnień dla ciężarnych. Nawet, wydawałoby się, w oczywistych przypadkach, gdzie w Polsce już dawno lekarz zaleciłby leżenie i odpoczywanie.

Takie sformułowania  w Szwajcarii nie istnieją. Przyszłe matki pracują prawie że do porodu, a jeżeli chcą wcześniej zrezygnować z aktywności, to muszą to zrobić kosztem własnego urlopu macierzyńskiego.

Urlopu, który ustawowo trwa 14 tygodni. Więc za bardzo nie ma tam z czego wycinać, bo po porodzie i tak mało zostaje.

Problem numer 2: Macierzyństwo

Jeżeli myślicie, że po krótkim macierzyńskim można jeszcze posiedzieć na własne życzenie w domu, to….nie można. Większość kobiet ma bardzo duże problemy z uzyskaniem dodatkowych dwóch-czterech miesięcy bezpłatnego (!) urlopu.

Jak to wygląda w praktyce?

Przyszła mama dostaje ultimatum: albo wracasz po macierzyńskim, albo…zrezygnuj z pracy. I poszukaj sobie nowej, jak już odchowasz dzieci. Zdarzają się też przypadki, ze pracodawca w ogóle nie daje wyboru i de facto sugestywnie, acz skutecznie, zmusza ciężarną do rezygnacji z pracy.

Problem numer 3: Żłobek

Żłobki są, i owszem.

Są – drogie tak, że bez dofinansowania mało kogo na nie stać. Tak obrazowo – miesięczny koszt żłobka dla jednego dziecka kosztuje mniej więcej tyle, co wynajęcie 4 pokojowego mieszkania w bardzo dobrej dzielnicy Berna.

Dwoje dzieci w żłobku – to praktycznie już cała pensja netto, w dodatku bardo dobra pensja. Pani kasjerki raczej na dwójkę dzieci w żłobku nie będzie stać.

Problem numer 4: Przedszkole

Systemy przedszkolne są różne, w zależności od kantonu, ale można znaleźć cechy wspólne. Czy to przedszkole dla maluchów, czy też już wczesny system szkolny, od 4 roku życia nauka w nim jest obowiązkowa.

Obowiązkowa, ale nie całodzienna. U mnie w Bernie na przykład opieka/nauka w przedszkolu trwa od godz. 8.30 do 11.30 od poniedziałku do piątku i dodatkowo jeden dzień w tygodniu 2 godziny po południu. Z tym, że raz to jest wtorek, a raz czwartek.

W środku dnia jest sławetna, niechlubna i znienawidzona przede wszystkim przez pracujące mamy przerwa obiadowa.

Nie ma świetlicy, nie ma kanapek i soczku – przedszkole jest po prostu zamknięte. Trzeba dzieciaki odebrać i przyprowadzić do domu.

Co ciekawe, szwajcarscy ustawodawcy jakby sami nie zauważają, na czym polega ten system. Przyjęto na przykład niedawno zmianę w prawie mówiącą, że w przypadku rozwodu rodziców, osoba, która otrzymuje większość władzy rodzicielskiej musi podjąć pracę na min. 50% etatu, gdy dziecko pójdzie do przedszkola.

50% etatu to jakby nie liczyć 4 godziny dziennie. 4 godziny, których dziecko…nie spędza w przedszkolu.

Problem numer 4a: Szkoła

Ze szkołą jest trochę lepiej, szczególnie przy starszych dzieciach. Mimo, że system nauki podzielonej na poranną i popołudniową jest podobny do przedszkola, to jednak dzieci szkolne mają wolne tylko jedno popołudnie, zazwyczaj w środę.

W inne dni spędzają większość czasu w szkole.

Co nie zmienia faktu, że przerwa obiadowa ( i z założenia – zamknięta szkoła) pozostaje.

Starsze dzieciaki mają przynajmniej możliwość skorzystania ze świetlicy, lub Tagis – dziennych ośrodków zabawy, przeznaczonych właśnie do spędzania przerwy obiadowej, lub czekania na rodziców, aż wrócą z pracy.

To jak tu pracować? –  ktoś się spyta.

Problem numer 5: Praca w niepełnym etacie

Statystyka jest królową kłamstwa.

Statystycznie rzecz biorąc, udział pracujących kobiet w Szwajcarii jest wyższy, niż średnia Unii Europejskiej (między 70% a 77%, w zależności od wieku dzieci).

A dokładnie rzecz biorąc, ile matek pracuje na pełen etat? 15%…. W tym samym czasie aż 82% ojców nie decyduje się na zmniejszenie etatu i pozostanie z dziećmi w domu. Co ciekawe, ten wynik jest aż dwukrotnie wyższy wśród ojców, niż wśród żonatych bez dzieci (45%).

Czyżby panowie chętniej wracali do pracy po narodzinach dzieci?

Teoretycznie praca na 60% lub 80% powinna być ułatwieniem dla pracujących rodziców. W praktyce wygląda to często tak, że mama pracuje na 20%-40% (1-2 dni w tygodniu), tata na 100% lub 80% (4 dni w tygodniu) i albo się wymieniają opieką nad dziećmi, albo posyłają dziecko do żłobka na dzień lub dwa.

Wielu pracodawców oferuje też od razu etat 80%, wiedząc, że jeden z rodziców woli zostać w domu w środę, kiedy dzieci nie chodzą popołudniami do szkoły. Jeden z rodziców? Nie oszukujmy się, tym rodzicem jest zazwyczaj mama.

Praca na niepełny etat ma jednak dwie strony medalu. Bo jeżeli po narodzinach dziecka ktoś zmniejsza sobie etat w pracy, to też zazwyczaj jest to mama. To ma naturalnie przełożenie nie tylko na mniejszą emeryturę w przyszłości, ale też na jej obecną karierę.

A jak najłatwiej wyciąć pracującą mamę z rynku pracy?

Nie dając możliwości zmniejszenia etatu. Pracodawcy chętnie z tej furtki korzystają. Bo niby z jednej strony – nie można prowadzić jawnej dyskryminacji ze względu na płeć, ale z drugiej – oferując stanowisko tylko na 100% od razu wiedzą, że nie zgłoszą się mamy z małymi dziećmi.

Jest też jeszcze jeden haczyk. Pracodawcy potrafią „oferować” pracującym mamom stanowisko na 20% (1 dzień) lub 40% (2 dni), nawet jeżeli one same tego nie chcą. Z tym jest też często związana zmiana stanowiska na niższe, nie-kierownicze, „mniej dyspozycyjne”….

Problem numer 6: Własny biznes

Szwajcaria prowadzi bardzo otwartą politykę, jeżeli chodzi o założenie własnej działalności. Do zysków 100.000 CHF rocznie nie ma obowiązku nawet rejestrować swojej działalności. Można zarabiać, na czym się chce. Dziergać, szyć, zajmować się odpłatnie dziećmi sąsiadów, gotować na festyny itd.

Wydawałoby się – świat idealny. Tyle tylko, że to rozwiązanie jeszcze bardziej wyklucza kobiety z zawodowego rynku pracy. Jest tak popularne, że praktycznie każdy mówi Ci: Nie możesz znaleźć pracy? Zrób coś swojego! Przecież nie musisz od razu pracować po 40 godzin tygodniowo. Zajmij się swoją pasją, przy okazji trochę zarobisz. 

„Trochę zarobisz” to nie praca.

A jak człowiek już coś sobie znajdzie, to się w to angażuje, poświęca temu czas i nie szuka więcej stałej pracy.

Na początku mojego pobytu w Szwajcarii widziałam często małe sklepiki z ręcznie wykonanymi wyrobami, otwarte 3 godziny dziennie. Miłe, że ktoś się realizuje i sprzedaje to, co sam stworzył, tylko….Komu się to opłaca?

A tak właśnie wygląda szwajcarski kobiecy własny biznes.

Problem numer 7: Cudzoziemka z wykształceniem

Panowie też często mają problemy ze znalezieniem pracy. W pełni to rozumiem.

Ale cudzoziemka z dyplomem wyższym to „kasta niedotykalnych”.

W Szwajcarii jest zapotrzebowanie na konkretnych pracowników i osoby pracujące w tych zawodach zawsze sobie łatwo znajdą pracę. To głównie informatyka, programowanie, zawody medyczne.

Z drugiej strony jest wysokie zapotrzebowanie na wykwalifikowaną, ale nie wysoko wykształconą kadrę – murarze, malarze, mechanicy, ogrodnicy, pomoc w rolnictwie, opieka nad chorymi itp.

Statystycznie bardzo mało osób kończy tu studia wyższe, bo też to często nie jest do niczego potrzebne.

W Polsce – jak wiemy – jest odwrotnie. Najlepiej, jak pani z kiosku Ruchu ma dwa fakultety, w tym z zarządzania przedsiębiorstwami i komunikacji z klientami i jeszcze się dogada z turystami w pięciu językach obcych.

Wykształcone cudzoziemki przyjeżdżają do Szwajcarii i zaczynają konkurować: ze Szwajcarkami, które wcale takie wykształcenia, jak one, nie mają;  ze Szwajcarami na wysokich stanowiskach, bo w tradycyjnym modelu społeczeństwa to głównie panowie zasiadają w wysokich kadrach.

Źle, że ma wyższe wykształcenie, to trzeba jej więcej płacić (nie daj Boże MBA lub doktorat!).

Źle, że kobieta z takim doświadczeniem, bo pasuje na stanowisko dyrektorskie, a facet lepszy na kierownika.

Na zwykłego pracownika się nie nadaje, tym bardziej na wyższe stanowisko. I tu źle, i tu niedobrze.

Problem numer 8: Język

Wiele osób, przyjeżdżających do Szwajcarii myśli, że uda im się tu znaleźć dobrą pracę z (komunikatywnym) angielskim.

To nie wystarcza.

Wyjątkami są tu duże i kosmopolityczne miasta, jak Zurych, czy Genewa, gdzie z angielskim – szczególnie w branży informatycznej lub medycznej – da się jak najbardziej. W Genewie raczej jednak z francuskim, ale z drugiej strony Genewa to siedziba wielu międzynarodowych organizacji, które posługują się na co dzień angielskim.

Pozostaje cała reszta Szwajcarii, głównie niemieckojęzycznej – ba! powiedziałabym „szwajcarskojęzycznej”.

Nikt oficjalnie nie powie, że aby znaleźć pracę, trzeba znać lokalny dialekt. Ale często tak właśnie jest. Wszyscy Szwajcarzy niemieckojęzyczni znają literacki niemiecki, tylko że wcale go nie chcą używać. Jak mają do wyboru w pracy koleżankę Szwajcarkę, lub koleżankę, która dopiero co nauczyła się niemieckiego, to wybiorą tę z dialektem.

A gdzie cudzoziemska mama szukająca pracy może nauczyć się lokalnego dialektu? Tam, gdzie używa się go codziennie, czyli… w pracy.

Co ciekawe, ten problem nie dotyczy Szwajcarek z francusko- lub włoskojęzycznego regionu, bo…

Problem numer 9 : Narodowość

W Szwajcarii oficjalnie mieszka 25% cudzoziemców. To całkiem sporo, zważywszy, że część z nich to już drugie pokolenie. Dzieci przybyłych tu lata temu cudzoziemców, tyle że bez helweckiego obywatelstwa.

Czy w związku z tym Szwajcaria jest otwarta na inne narodowości na rynku pracy?

Powiem tak: Polka na wysokim stanowisku jest tu tak samo mile widziana, jak…. Hinduska czy Ukrainka w Polsce. Nie ma co demonizować Szwajcarów, sami zachowujemy się dokładnie tak samo.

Są pewne narodowości, które „pasują” do obrazka rynku pracy.

Ukrainki? Jak najbardziej- pani do sprzątania chętnie poszukiwana.

Ukraińcy? Lepsi budowlańcy, niż Polacy i mniej biorą.

Arabowie? Najlepiej robią kebab.

Hindusi? Mogą jeździć Uberem, byle by mówili w naszym (!!) języku, i to zrozumiale, a nie komunikatywnie. Przecież nikt w Polsce nie będzie rozmawiał z taksówkarzem po angielsku.

Ale kto by chciał Ukrainkę czy Syryjkę na swojego szefa?

No właśnie, kto by chciał w Szwajcarii dobrze wykształconą Polkę z doświadczeniem na swojego szefa?

Problem numer 10: Wygodne życie

Dlaczego właściwie tak się dzieje, że Szwajcaria jest konserwatywnym krajem, który nie ułatwia życia kobietom?

Trochę dlatego, że nie musi.

Szwajcaria jest krajem neutralnym, nie brała udziału w II wojnie światowej, mężczyźni nie ginęli masowo na frontach. A jak pokazuje historia, najwięcej zmian w życiu kobiet dokonało się rykoszetem przy okazji rewolucji i wojen. Brak mężczyzn oznaczał, że kobiety przejęły ich obowiązki. A potem wcale nie były chętne, żeby je oddać.

Nie bez powodu Szwajcaria była ostatnim krajem europejskim, który przyznał kobietom prawa wyborcze. Polska nadała je w 1918 r – po zakończeniu I wojny. Idzie nowe, również dla kobiet.

A w Szwajcarii tego „nowego” brak.

Jest porządna stabilizacja, co Szwajcarzy sobie mocno cenią. Nie chcą rewolucji, nie chcą zmian.

Jest dobrobyt, który paradoksalnie też wpływa na gorszą sytuację kobiet na rynku pracy.

Bo jak ktoś musi, to idzie do pracy – nie ma wyjścia. Ale jak się da żyć z jednej pracy, to po co się zaharowywać?

A w Szwajcarii da się – i to całkiem przyzwoicie – wyżyć z jednej pensji. Pensji męża, oczywiście.

Co więcej – system podatkowy zniechęca panie do zarabiania, bo podatki nie są rozliczane na parę, tylko…podwójnie. Nie dzieli się ich na pół, tak jak w Polsce. Są traktowane jako przychód jednej rodziny = jednej osoby.

Światełko w tunelu

Światełkiem w tunelu jesteście Wy, Panie.

Te wszystkie, którym się udało połączyć w Szwajcarii życie rodzinne i zawodowe.

Te, które się nie poddały i po miesiącach – a czasami i latach – poszukiwań realizują się zawodowo właśnie tak, jak chcą.

Muszę przyznać, że mało o Was słychać. Na forach Polonii o wiele częściej słyszy się właśnie te historie, które opisałam wyżej.

Pokażcie się nam i pokażcie, że Polka potrafi.

A już na pewno Matka Polka w Szwajcarii.

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Jeżeli chcecie poczytać jeszcze więcej w temacie kobiet, wychowywania dzieci i rynku pracy, to zapraszam na zaprzyjaźnione blogi:

Szwajcarskie blabliblu: Dziecko poradnik przetrwania w Szwajcarii

Swiss Tales: Czy łatwo jest być kobietą w Szwajcarii. Rozmowy na Dzień Kobiet

Szwajcarskie blabliblu: Gotuj, a nie głosuj – prawa kobiet w Szwajcarii

I’m not Swiss: To nie jest kraj dla pracujących kobiet

Szwajcarskie blabliblu: Jak założyć firmę w Szwajcarii

Oraz trochę dla rozluźnienia atmosfery Parentville  10 reasons Switzerland is (not) the best place to raise kids

Wengen Szwajcaria krowy w górach

blankaleg

Berno nadmuchane balonami. Najsłynniejszy wyścig powietrznych bestii Gordon Bennett 2018

W Szwajcarii odbywa się właśnie najsłynniejszy na świecie, międzynarodowy konkurs baloniarski im. Gordona Bennetta. Najsłynniejszy, ale….tak jakby mało o nim wiadomo. Szkoda, bo podobnie, jak w latach poprzednich, również w tym roku startują ekipy z Polski.

Jesteście gotowi na odkrycie fascynującej historii asów przestworzy?

Ale o co właściwie come on?

Wyścig balonów Gordona Bennetta to najstarszy i najbardziej prestiżowy konkurs balonów na świecie. Polega on z grubsza – a właściwie tylko i wyłącznie – na tym, żeby dolecieć jak najdalej. Nie – jak najszybciej, ale właśnie jak najdalej.

Zależy to oczywiście od prądów powietrza, pogody i umiejętności samych pilotów. W sumie ciężko powiedzieć, jaka jest recepta na wygraną. Nawet najwięksi mistrzowie i wygrani poprzednich edycji już polegli.

Ale o tym trochę później.

Konkurs Gordona Bennetta jest nazwany jego imieniem, bo….

On sam go sobie tak nazwał. Gordon Bennett to niezły hulaka i żądny przygód awanturnik, który wcale nie był wybitnym lotnikiem ani nie wygrał konkursu na lot balonem. Był typowym rozpuszczonym,  bogatym bachorem z XIX wieku, bawidamkiem, który lubił się otaczać zabawkami dla dużych chłopców i wydawał na to kupę kasy. Trzeba mu jednak przyznać, że wygrał pierwszy transatlantycki wyścig jachtów. Swoim własnym jachtem, rzecz jasna.

Oprócz tego był synem założyciela poczytnej gazety New York Herald, której redakcję później odziedziczył i rozwinął, zakładając oddziały w Londynie i Paryżu. Dziś to zdaje się ta gazetka zwie się New York Times’ International Edition.

O czym można pisać, mając własne gazety? O zdobywaniu świata, o przełamywaniu granic,  zdobywaniu niezdobytego. Szybciej, dalej, wyżej. Bennett zorganizował i sponsorował wyprawę do Afryki, pierwszy mecz polo w Ameryce, międzynarodowy wyścig jachtów oraz samochodów. Wszystko po to, aby mieć co opisywać w swoich gazetach.

I w ten właśnie sposób narodził się w 1906 r Gordon Bennett Cup in ballooning, zorganizowany i sponsorowany przez Bennetta- na potrzeby zwiększenia nakładu gazety.

Dlaczego ten konkurs odbywa się w Szwajcarii?

Zgodnie z tradycją, organizatorem konkursu było państwo, którego ekipa wygrała poprzednią edycję. Ponieważ załatwianie papierków, całej logistyki i administracji staje się coraz bardziej skomplikowane, to wprowadzono nową tradycję, zgodnie z którą organizator to wygrany sprzed dwóch lat.

Szwajcarzy wygrali wyścigi w 2015 i 2016 r, więc odpowiednio gościli u siebie lotne ekipy w 2017r we Fryburgu i w 2018r w Bernie.

Trzeba uczciwie przyznać, że liczba państw gospodarzy nie jest bardzo długa, bo – mimo, że konkurs międzynarodowy – to od początku przewijają się na liście zwycięzców te same państwa: USA, Belgia, Niemcy, Szwajcaria,Francja, Austria i…Polska. Tak, tak, Polska też gościła kilka razy na liście zwycięzców.

Kliknij, aby zobaczyć pokaz slajdów.

W tym roku zorganizowano go w Bernie, bo…

Wydawać by się mogło, że to proste, bo przecież Berno to stolica.

Ale to nie takie oczywiste, bo poprzednio gospodarzami imprezy były Genewa, Zurych, Wil, Toggenburg i Fryburg.

Za to w tym roku w Bernie przypada 175 rocznica gazyfikacji miasta – tak więc impreza jak najbardziej na miejscu.

Balony są albo okrągłe, albo jak gruszka. Dlaczego?

Bo są dwa rodzaje balonów.

Te okrągłe, biorące udział w konkursie, to balony unoszone na zimny gaz. Napełnia się balon, zakręca kurek i to generalnie koniec roboty. Żeby wystartował, musi się pozbyć częściowo balastu złożonego z piasku lub wody (albo innych ciekawych rzeczy, o czym przeczytacie dalej ;).

Taka jest też technika jego sterowania – balast z kosza= balon w górę. Gaz z kurka = balon w dół.

Te gruszkowate to balony unoszone ciepłym powietrzem, ogrzewanym spalanym gazem (ale innym niż ten w balonach okrągłych). To one są takie widowiskowe i je lubimy zazwyczaj oglądać. Chcesz lecieć w górę = podkręcamy kurek z gorącym powietrzem. Chcesz lecieć w dół = otwiera się czasza balonu i wypuszcza powietrze.

Mają jednak swoją wadę – żeby się wystarczająco długo unosić, trzeba zabrać ze sobą odpowiednią ilość gazu. Co samo się przez się rozumie – daleko nie dadzą rady lecieć.

Dlatego w konkursie Gordona Bennetta biorą udział balony gazowe.

Gordon Bennett 2018
Polska ekipa POL-1

Co było pierwsze? Jajko, czy kura?

A to ciekawa historia, bo między startem pierwszego balonu ogrzewanego powietrzem, a tym na gaz minęło dokładnie…10 dni.A wszystko miało miejsce w 1783 r we Francji.

Początkowo bardziej popularne były balony gazowe, ale z czasem latanie gruszkowatymi stało się tańsze i dzisiaj niezmiernie rzadko można zobaczyć gazowe okrąglaki.

Balony to oczywiście prekursorzy samolotów i w XIX w. nie były takim rzadkim widokiem. Oprócz zeppelinów służyły na przykład jako sprzęt wojskowy i były wykorzystywane w czasie wojen. Widok z balonu na pole bitwy i odgórne sterowanie wojskami – co za perspektywa…

Szwajcarzy wygrali wyścig 6 razy, a Polacy?

A Polacy 5. W tym trzy razy z rzędu. Wszystkie te wygrane co prawda miały miejsce jeszcze przed drugą wojną światową, bo w 1934, 1935 i 1936 roku, ale mogę się czuć dumna jako warszawianka, że starty w kolejnych latach odbywały się z Warszawy. Jak na mój nos (chociaż nikt o tym nie pisze oficjalnie), to wielka biba była na Polach Mokotowskich, które przed budową Lotniska Chopina służyły jako pierwsze lotnisko.

Mało tego, te trzy wygrane były dziełem trójki pilotów – każdy sprawiedliwie wygrał po dwa razy, bo panowie się zmieniali w parach (Franciszek Hynek, Zbigniew Burzyński i Władysław Pomaski).

POL-2 Gordon Bennett 2018 Berno
POL-2 Gordon Bennett 2018 Berno – tak, to ja 😉

Kolejna wygrana Polaków również miała miejsce przed wojną, w 1938 r. Tym razem na miejsce startowe wybrany został Lwów, a konkurs zaplanowano na 3 września 1939r. Z przyczyn oczywistych nie odbył się ani w tym roku, ani w kolejnych, aż do…. zaraz, zaraz – a co to się stało po wojnie?

Konkurs trwa od 1906 r i w tym roku odbyła się jego 62 edycja

To zdaje się powinna już być 112? Kto rąbnął 50 lat?

Wyścig nie odbywał się w czasach I i II wojny światowej (od 1914 do 1919 r i od 1939 r).

Jednak po II wojnie światowej nie został wznowiony aż do 1983 r. Nie został zorganizowany w Polsce – zgodnie z obowiązującą tradycją – ale we Francji. Co nie zmienia faktu, że Polacy chcieli przypomnieć światu o swoich zwycięstwach i wygrali po raz kolejny. Ktoś pamięta start balonów z Polski w swawolnym socjalistycznie 1984 roku? Ja też nie, bo odbył się – nomem omen – w Zurychu.

Technologia idzie do przodu, więc co roku lata się dalej

No niekoniecznie. Pierwszy zwycięski lot w 1906 r odbył się na dystansie 641 km. Ale już rok później baloniarze dolecieli do 1403 km. De facto wszystko zależy od pomyślnych wiatrów, warunków atmosferycznych i odpowiedniej strategii pilotów. I tak najkrótszy zwycięski lot wywalczyli sobie Austriacy w 1986 r, dolatując tylko do 272 km. To dla równowagi – najdłuższy dotychczasowy dystans zaliczyli Belgijczycy w 2005r – ponad 3400 km!

W balonie są dwie osoby, ale piloci nie są zdani na samych siebie. Za dmuchańcem podąża na ziemi samochód z ekipą, gotową zgarnąć balon i pilotów, jak już wylądują. A w centrum dowodzenia…

W centrum dowodzenia siedzi sztab meteorologów, sprawdzających na bieżąco prognozy pogody, burze, silne prądy powietrzne oraz to, gdzie są właśnie konkurenci. Piloci opracowują strategię lotu, ale tak na prawdę do końca nie wiadomo, dokąd poleci która ekipa, i czy po drodze nie zmienią zdania.

A ile czasu się tak leci i leci?

Rekord długości czasu (chociaż ma on znaczenie tylko w tabelkach, bo za to się medalu nie dostaje) osiągnęli startujący w 1995 r z San Gallen Niemcy – ponad 92 godziny, wisieli w chmurach prawie 4 doby.

Jak chcesz rozprostować nogi – to na zewnątrz 

W podniebnej ekipie są dwie osoby. A miejsca tyci tyci. To gdzie śpią, jak tak lecą dwie czy trzy doby?

Ano tu:

P1040937 — kopia

A że balon z reguły jest z jednego boku krótki, a z drugiego dla odmiany krótki, to dla wygody ma otwieraną z boku klapkę na nogi. Jak się śpi, to nogi wystają na zewnątrz.

Wiem, że was to nurtuje. To gdzie robią siusiu?

Trochę nie mają wyjścia, muszą robić w balonie. Za to nie tak, że pupa za burtę i hulaj wietrze, hulaj, tylko – jak się dowiedziałam od członka jednej z ekip – substancje organiczne pochodzenia ludzkiego mogą być bardzo przydatne jako balast. Wyrzuca się je z balonu dopiero wtedy, jak jest potrzeba wzniesienia się do góry.

Prawie wszystkie ekipy pochodzą z Niemiec

Takie można odnieść wrażenie, jak się ogląda czekające na start balony. Nawet polska ekipa pochodzi z Niemiec. Są Polacy, jest flaga polska, ale jest też znaczek flagi niemieckiej na balonie.

Jak się można łatwo domyślić, lot balonem to sport drogi (żeby nie powiedzieć wprost – ekskluzywny i dla bogaczy). A Niemcy mają najniższe opłaty za rejestrację balonu. Tak więc patriotyzm swoją droga – a ekonomia swoją.

Ile startów, tyle lądowań.

W historii konkursu już kilkakrotnie zdarzały się wypadki, w tym śmiertelne.

Oprócz wypadków technicznych, związanych ze źle przygotowanym sprzętem lub przeliczeniem się z własnymi umiejętnościami, z lotniarzami często wygrywała natura.

W 1910 r zwycięska para osiadła balonem w głębokiej puszczy Kanady i ponieważ przez paręnaście dni nie zostali odnalezieni, zostali uznani za zmarłych. Na szczęście na podróżników natknęli się kanadyjscy traperzy  i chociaż poturbowana, to jednak zwycięska drużyna przeżyła.

W 1923 r sześć osób zginęło przez uderzenie piorunem.

W 1995 r amerykańska para została zestrzelona na terytorium Białorusi. Władze tego państwa konsekwentnie odmawiają przelotu nad swoim terytorium, nawet do dzisiaj. Dwie inne ekipy w tym samym konkursie, które również zostały zepchnięte na wschodnie tereny, zostały na szczęście uratowane.

W 2010r. pochodzący ze Stanów zwycięscy konkursu w 2004r. zginęli podczas burzy nad Morzem Adriatyckim. Jak widać, baloniarstwo to kapryśny sport i nawet mistrzowie mogą być skazani na porażkę.

Balony to sport może nie tak popularny, za to bardzo widowiskowy

Pierwszy start balonu gazowego w ogrodach Tuillere w Paryżu oglądało 400 tys. widzów, a pierwszy konkurs Gordona Bennetta – 100 tysięcy.

Kliknij, aby zobaczyć pokaz slajdów.

Jak jest dzisiaj?

Na pewno w Bernie nie doliczyłam się setek tysięcy, ale wszystko jest względne, bo konkurs przeniósł się do…internetu.

Nie wspomnę już o tym, że na bieżąco dokonania uczestników komentowane są na Facebooku, Instagramie i Twitterze. To pikuś.

Teraz każdy może sobie śledzić lot wszystkich ekip na specjalnych aplikacjach. Na przykład teraz mogę zobaczyć w Tracking, że po 40 godzinach prawie połowa ekip już wylądowała, polska ekipa POL-1 jest w okolicach San Marino we Włoszech, za to POL-2 pofrunęła na wschód w stronę Monachium.

Można też oglądać ruch lotniczy na niebie na Flightradar, uwzględniający przelot balonów między samolotami, a także podglądać zmagania ekip bezpośrednio z kosza. W końcu co, jak co, ale selfika z ziemią w tle wrzuci na fejsa każdy.

Ale czad 😉

 

 

Gordon Bennett 2018 Night Glow

blankaleg

Gordon Bennett 2018

POL-2 Gordon Bennett 2018 Berno

P1040937 — kopia

Boskie orzeźwienie i płynne doświadczenie. O tym, jak postanowiłam przetestować szwajcarskie BIO

Postanowiłam przez tydzień być szwajcarska z krwi i kości. No, może z żołądka i jelit (ale romantycznie…). Postanowiłam więc przetestować na sobie skuteczność super-hiper-bio-bezcukru-bezsoli-bezkonserwantów-wegetariańsko-wegańskich naturalnych soków Biotta, które są jednym z symboli Szwajcarii. Bo oczywiście, żeby być w pełni szwajcarskie, to muszą być bio, super i hiper. Produkowane z lokalnych warzyw i owoców (no przecież, to postawa tutejszego rolnictwa), mało tego – zbierane są tylko sezonowo, czyli każda owoca lub warzywa wjeżdża na taśmę produkcyjną tylko przez kilka tygodni w roku.

Co myślą Szwajcarzy o swoim rolnictwie? Dlaczego wolą zapłacić więcej za lokalny produkt, niż kupić coś taniej z importu? Przeczytaj  Wsi spokojna, wsi wesoła, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, co mieszka w Szwajcarii

Po głębszym zapoznaniu się z rysunkami na butelkach dochodzę do wniosku, że jednak kiwi i banany może nie są takie lokalne.

Soki Biotta produkowane są w pewnym pólnocno-wschodniohelweckim miasteczku Tägerwillen i oprócz klasycznych soków ze wszystkiego, co wpadnie w ręce, oferują też tygodniowe zestawy specjalne – dla tych, co postanowili oczyścić organizm przy pomocy właśnie ich soków. Przekładając z polskiego na polskie – przez tydzień człowieku jesteś głodny jak pieruńskie stworzenie, bo nie jesz, tylko pijesz. Soki.

Całe szczęście, że taki relaksacyjny tydzień trwa 5, a nie 7 dni. Co nie zmienia faktu, że nazywa się Wellness Woche. Woche (czytaj:tydzień)!

To teraz parę słów wyjaśnienia.Ten tekst nie jest reklamą. Nie jest ukrytym lokowaniem produktu, bo piszę całkiem otwarcie, o tym, że piszę o sokach Biotta. Nazwa jest – proszę, nic ukrytego i pewnie pojawi się jeszcze parę razy w tekście, a może nawet w komentarzach i tagach. Nikt mi nie zapłacił za to, że go napisałam. Ba! Nawet sama musiałam sięgnąć do sakiewki i wyłuszczyć całe 60 frankoli.

Co mnie skłoniło do tak szalonego kroku? W sumie sama nie wiem. Tak ładnie i świeżo wyglądają te panie z reklamówek. Może i na mnie coś z tej wiosennej świeżości skapnie. Poza tym słyszałam już od tych, co przeszli i przeżyli, że się da i tak źle nie jest.

No to jazda z tym koksem.

Na początku była paczka.

Paczka przyszła sobie całkiem wygodnie kurierem, bo ją zamówiłam w internecie. Osobiście w sklepie chyba nie można kupić cudo-pakiecików, może żeby ktoś się w międzyczasie nie rozmyślił, jak przeczyta instrukcję, co go czeka.

Soki (w sumie 11) zapakowane były w butelkach. O, proszę bardzo. PLUS. Butelka zawsze dobrze się kojarzy. Te ciemne nawet przypominają trochę czerwone wino…

Paczka była olbrzymia, bo butelkowe soczki musiały się otulić plastikowymi poduszkami powietrznymi. MINUS. Co ja z taką ilością plastiku zrobię? Wyjdzie tego z pół worka na śmieci. Chociaż, z drugiej strony, dzieciarnia miała frajdę, bo można było po nich skakać i przekłuwać mikro poduszeczki. PLUS. Karton też fajny, do dzisiaj służy jako statek vel traktor vel łóżko do spania vel mama schowałem się i robię pomiary (ależ ma wyobraźnię, skubany. To po mamusi). PLUS. W sumie 2/3 plusa na 1/3 minusa.

Instrukcja obsługi napalonego sokomaniaka

A jakże, instrukcję tez dołączyli, z dokładną rozpiską kiedy i jak głodować (czytaj: kiedy i jakie soki pić).

Zaplanuj wcześniej swój tydzień Wellness. W ten sposób unikniesz czających się za rogiem pokus, jak przyjęcie w pracy lub urodziny z pysznym tortem.

Spoks. Ostatnie trzy lata nikt mnie z pracy nie zapraszał na przyjęcia. Urodziny? Czy ktoś ma niedługo urodziny? Nie, chyba niee…. Jezu, ja mam urodziny! A, no to super, sobie timing wybrałam. MINUS

Nie żałuj swojemu ciału spokoju, świeżego powietrza, lekkiego ruchu i wystarczająco dużo snu.

Aha. A maluchy to chyba za balkon wystawię, żeby sobie spokojnie na kanapie odpoczywać. I zabetonuję drzwi od sypialni, żeby mi przypadkiem które snu w nocy nie zakłócało. MINUS

Stwórz ze swojego domu małą oazę Wellness. Mama!!! Ciepła kąpiel z olejkaMaaaamaaaaa!!!!mi, świece dla miłej atmosfery, przytulMAAAAAAAAAAAAAAMAAAAAAAAAAA!!!!!ny szlafrok.

To by było na tyle z komentarza. MINUS. MINUS. MINUS. Do kwadratu i siódmej potęgi. Wyszło pięć minusów, a ja jeszcze nie zaczęłam.

Dzień 0

Dzień zero to taki dzień przygotowawczy. Niby coś tam jeszcze jesz, ale wskakujesz już do basenu soków i się rozkoszujesz obfitym śniadaniem ze ..100 ml soku (???) Sto mililitrów? Czy ktoś wie, ile to (nie) jest 100 ml? To nawet pół szklanki nie jest. A ja mam przez następne 5 dni odżywiać się tak rano, w południe i na kolację. A ja myślałam, że ja tu będę sączyć te soczki z lubością przez cały dzień i rozkoszować się kolorowymi koktajlami zdrowia. Szkoda nawet słomki zamaczać, jeszcze się sok obklei i mniej dla mnie zostanie…

I nawet hektolitry wody i herbatki ziołowej nie pomagają.  Nie ma się co oszukiwać, cały dzień chodzę głodna jak osa.

Na szczęście sytuację uratował mój 3-letni bohater. Widząc, jak bardzo mamusia się męczy, wyłączył zamrażarkę. To teraz nawet lodu nie mam do tych moich koktajli, za to mam pełną lodówkę jedzenia, które trzeba jak najszybciej zjeść.

Trudno, poświęciłam się dla dobra rodziny i przerwałam mój eksperyment piękna i zdrowia dla ratowania rozmrożonych klopsów i kotletów.

Dzień 0 po raz drugi

Drugi raz było łatwiej, bo już wiedziałam, co mnie czeka. Sadomasochistycznie upiekłam nawet typowo polski sernik, wiedząc, że i tak go nie zjem. Jak cierpieć, to na całego.

Dzień 1

Okazało się, że 300 ml soku dziennie, które w panice przeczytałam w rozkładzie dnia na Dzień 0, dotyczy tylko Dnia 0. Dzisiaj mogę pić! Do woli! Cały LITR soków 😉 Tego śliwkowego, co wygląda jak czerwone wino. I żółtego, co wygląda jak pomarańczowy, a jest z… ananasem ;( Bleee. I tak go wypiję, nie ma ten tego.

Trochę mnie skręca z głodu, zalewam robaka wodą, ale wredny się wgryza i wgryza w mój opustoszały żołądek.

Czy ananasy rosną w Szwajcarii?

Dzień 2

Nie chciałam pisać wcześniej, bo brzmi to barbarzyńsko, ale rano i wieczorem trzeba jeszcze łyknąć po dwie łyżeczki siemienia lnianego. Takiego w całości, w łuskach. Ja rozumiem, że siemię lniane jest zdrowe, rozumiem, że można go dodawać do posiłków, ale tak ordynarnie łychami? Paskudztwo. MINUS

Zamknij oczy i myśl o Anglii – mawiała do swojej córki królowa Wiktoria w jej noc poślubną. No nic, pozostaje mi zamknąć oczy i myśleć o Szwajcarii. Na pohybel, siemieniu lniany!

Dzień 3

Na wadze 4 kilo mniej. Serio. Nawet mięśnie brzucha się pokazały, choć od czasu narodzin dzieci schowały się gdzieś głęboko i udawały, że ich nie ma. Wiem, wiem, że to efekt przejściowy i żadne odchudzanie, ale i tak miło popatrzeć 😉 PLUS

Dzień 4

Zmieniłam nastawienie do siemienia lnianego. W końcu to jedyny stały posiłek, który przyjmuję od trzech dni. Nagle zaczęłam wyczekiwać z wytęsknieniem tych dwóch łyżeczek (2, słownie: dwóch, zwei, due, deux) czegoś, co teoretycznie można by pogryźć. PLUS

Zawsze mogę pogryźć szklankę z głodu.

Dzień 5

Dzień piąty powinien być lajtowy, w końcu to już ostatni dzień głodówki. Dam radę, co?

Na koniec wpadła mi taka mała niespodzianka, całkiem dawno zapowiadane letnie party w żłobku, o którym wcale nie pamiętałam, jak również o tym, że to rodzice mają przygotować różne dania i spotkać się na trawie w miłej i sympatycznej atmosferze.

Stoły uginały się od domowych sałatek i ciast, zapach kiełbasek z grilla nęcił nozdrza, a ja nie wypiłam przed wyjściem mojej kolacyjnej porcji soku pomidorowego, więc machając rzęsami z żalu odganiałam od siebie tą miłą atmosferę i cały wieczór przejechałam na szklance wody.

Dzień 6

Jak to szósty? Przecież miało ich być pięć?

Ostatni dzień to lekka przygrywka do piwka, czyli powolne wchodzenie w rzeczywistość jedzenia. Taka odwrotność Dnia 0. Dzienne porcje soków uzupełniane są przepysznie brzmiącymi nawami typu: 1 JABŁKO; PÓŁ MARCHEWKI; ZIEMNIAK; TROCHĘ SERKA. PLUS.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie…. urodziny. Chlip. Chlip. Moje urodziny. Miała być kolacja w restauracji w Rosengarten i tort truflowy. I co, mam marchewkę w tej restauracji zamówić? A nie, przepraszam. PÓŁ MARCHEWKI.

MINUS. Buuuuuu…….

Dobrze chociaż, że w sumie Woche razem z Dniem 0 i Dniem 6 okazało się jednak siedmiodniowym, a nie pięciodniowym tygodniem, bo bym jeszcze Szwajcarów o kiepski marketing oskarżyła. A tak nie ma się do czego przyczepić…

 

I teraz pytanie za 100 punktów: Warto? Opłacało się tak cierpieć? Da się przeżyć?

Wersja dla optymistów:

Tak, w sumie nie było tak źle, taka ilość płynów w zupełności wystarczy, żeby dobrze się czuć, a jakie efekty! Z uśmiechem na ustach wspominam każdy dzień mojego cielesnego detoksu.

To teraz optymiści zamykają oczy i nie czytają dalej.

Wersja dla realistów:

Czy byłam głodna? Nie. Byłam pioruńsko głodna, prawie cały czas. Oczywiście, że można było przerwać i cieszyć się sernikiem/zupą marchewkową z imbirem/tortellini z prosciutto/spaghetti z pesto i wszystkim tym, czym raczyła się moja rodzina beze mnie.

Ale wtedy nie byłoby tego tekstu.

Tak więc, drogi czytelniku, poświęciłam się tak dla Ciebie.

Ktoś chętny iść w moje ślady?

 

Szwajcaria nad jeziorem Lago Maggiore

blankaleg

Gdyby babcia miała wąsy, czyli co by było, gdyby mnie tu nie było

Gdyby mnie nie było w Szwajcarii, to pewnie bym była w Polsce. Żyłabym sobie nieświadoma cudów i dziwów, jakie mi przyszło w nowej ojczyźnie poznawać, nawet bym za bardzo nie miała za czym tęsknić, no bo by mnie tu nie było. Więc za czym tu tęsknić.

Ale jestem. Postanowiłam więc zrobić listę rzeczy, do których najczęściej bym wzdychała, gdyby mi przyszło wynieść się z sielsko-alpejskiego raju. Tak na wszelki wypadek, gdyby w Szwajcarii miała wybuchnąć lokalna wojna atomowa i trzeba by brać nogi za pas, a ze sobą tylko najważniejsze rzeczy. Przynajmniej będzie wiadomo, czego i gdzie szukać – od dzisiaj lista będzie wisieć na lodówce.

Gdybym się wyprowadziła ze Szwajcarii, to brakowałoby mi…

1.Sera

Oczywiście, nie zwykłego i pierwszego lepszego sera – tylko creme de la creme, ptasiego mleczko wśród serów i jajka Faberge wśród nabiału – sera koziego. Delikatny, puszysty, mięciutki, bez mocnego fetoru prawdziwych szwajcarskich serów – po prostu niebo w gębie. Biel bielsza od bieli i szwajcarska kozistość kozistsza od kozistości. W Polsce nigdy nie udało mi się odnaleźć tego smaku.

Czy wiesz, jak się wyrabia szwajcarskie sery? Przeczytaj koniecznie:Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi

 

2. Supermarketów w niedzielę

A dokładnie rzecz biorąc, zamkniętych supermarketów w niedzielę. Wiem, wiem, że w Polsce też już są niezakupowe niedziele. Wiem też, że czasami inaczej się nie da. Nie ma czasu, nie ma lepszego dnia niż niedziela na zakupy – też tak przez wiele lat robiłam, nikogo nie będę osądzać. Trochę mi tutaj zajęło, zanim z uporem maniaka proponowałam w każdą deszczową niedzielę „to może pojedziemy do IKEA?”. Bo IKEA też oczywiście zamknięta w niedzielę.

Powiem teraz coś, co niektórym może się nie mieścić w głowie – MOŻNA SIĘ PRZYZWYCZAIĆ. Ba! Można to nawet polubić, bo dzięki temu niedziela staje się dla nas dniem bożej rozpusty. Rozkoszy przeżywanej na łonie natury podczas niezliczonych wypraw pieszych i rowerowych w alpejskie góry i pagórki. W Szwajcarii spędzanie wolnego czasu na łonie natury to świętość. Pogoda trzeba przyznać trochę bardziej rozpieszcza niż w Polsce,  ale nawet deszcze i zawieje niestraszne – Helweci z lubością okupują w weekendy te biedne Alpy.

Oczywiście pozostaje jeden problem: trzeba kurka coś przez cały następny tydzień włożyć do garnka, żeby nie lizać z głodu oblepionych brudem butów. Ja znalazłam idealne rozwiązanie na robienie zakupów. Ta dam!!! Nie robię zakupów. Ha! Geniusz prostoty zawsze mnie zadziwia.

Trochę mi pomogła sytuacja rodzinna, bo od kiedy pcham przed sobą tandemowy wózek z dwoma pisklęciami, to po prostu siaty już mi się nigdzie nie mieszczą. Nie ma jak, ni du du. Co prawda widuję czasami zaradne Szwajcarki, co to i z dwójką dzieci i z koszykiem pełnym zakupów, ale zamykam wtedy szybko oczy i udaję, że nie istnieją. Po co komplikować sobie życie, skoro może być łatwe i przyjemne?

Zakupy za to w naszej rodzinie robi moja półszwajcarska połówka. Rzucaliśmy losy, wyszło, że on ma 4 kółka i kierownicę, a ja tylko 3 kółkowo-wózkowa jestem, więc zakupy robi ten, kto się szybciej toczy. I proszę bardzo, mamy idealne rozwiązanie dla Polski w wiecznych sporach między kościołem, związkowcami i przedsiębiorcami. Można zamknąć sklepy w niedziele w Polsce. Trzeba tylko trochę więcej szwajcarskich mężów zaimportować.

No to teraz rączka w górę: Kto zamiast 3 godzin w galerii handlowej wolałby spędzić je na spacerze w górach?

Sasso Bianco Ticino Szwajcaria

3. Letniego, wieczornego słońca

Nie napiszę wieczornych zachodów słońca, bo jako takich tutaj nie ma, zresztą napatrzyłam się już w Polsce na zachody słońca, to teraz już mi starczy do końca życia. Właściwie, to chyba są tu zachody słońca, ale w letnie wieczory wypadają tak gdzieś między północą a 5 rano, kiedy ja wypoczęta po całym dniu zajmowania się pisklakami już dawno umoczyłam nos w poduszce i z lubością chrapię. A zanim oddam się błogiemu chrapaniu, mogę siedzieć w lecie wieczorami na balkonie i oszczędzać na żarówkach. Jako, że Szwajcaria leży bardziej na lewo, czyli na zachodzie, to słońce zachodzi tu też odpowiednio później. Jest tylko jeden mały problem: przekonaj dzieci, że o 20.00, kiedy słońce daje w najlepsze, jest czas na lulu, a nie na zabawę.

4. Morza szum, ptaków śpiew

Lata ci u mnie w Bernie nad głową mewa. Czasami nawet i dwie. Pojęcia nie mam, skąd się wzięły, bo do najbliższego morza to jakby nie patrzeć paręset kilometrów, ale skrzeczą niemiłosiernie. Mewy są, morza nie ma, za to jest coś, czego w Polsce chyba jednak jeszcze nie uświadczysz: alpejska, krystalicznie czysta rzeka płynąca przez środek miasta, niemiłosiernie upchana fanatykami pływania w lodowatym wartkim nurcie. Pływania to zresztą za dużo powiedziane, bo cała przyjemność polega właśnie na tym, że woda sama cię niesie a ty jej tylko w tym nie przeszkadzasz. Lodowata też tylko z nazwy, w końcu co to dla nas, dzieci Bałtyku? 20 stopni to jakby się kąpać w gorącej zupie.

Niezaznajomionym z lokalną tradycją skakanie z mostu do rzeki w czasie lunchu kojarzy się bardziej z romantyczną próbą samobójczą, niż chwilą orzeźwienia. Są też tacy, co rzeką wolą spływać bezpośrednio z pracy do domu – da się, szczególnie w letnie, gorące dni. Garnitur i laczki do worka żeglarskiego i dalejże nura do wody. Dla sceptyków – byłam, próbowałam, uwielbiam. Komukolwiek przyjdzie ochota mnie odwiedzić w Bernie  niech będzie pewny, że go wrzucę do rzeki. I jeszcze mi za to podziękuje.

5. Carne secca

Karneseka to po polsku suche mięso, najlepiej z wołowiny, albo…koniny. Tak, tak, wiem, wszyscy lubimy konie 😉 Ja też. Ale oprócz tego, że są ładne, są też smaczne.

W Szwajcarii niemieckiej tak dużo go nie uświadczysz, za to w Ticino…

Jak każdy Polak na obczyźnie przeszłam przez etap tęsknoty nosa za zapachem polskiej szynki, krakowskiej, kabanosów…. Teraz się zeszwajcarzyłam i chociaż na wakacjach w Polsce – tak, oczywiście jest kabanos – to jednak wolę lokalne przysmaki.

Co jest takiego specjalnego w carne secca? A to, że to samo, czyste mięso, obłożone solą i ziarnami i zostawione do „dojrzewania”. Trochę a la prosciutto. Żadnej saletry, żadnego ostrzykiwania, żadnego cukru, pudru, i zbędnego makijażu. Smak – jak by to powiedzieć…prawdziwy.

Polacy kochają konie. Szwajcarzy też. Nie tylko na łące, ale również na talerzu. Czy znasz już carne secca? Przeczytaj koniecznie: Hajda na koń i stępem smacznego marsz!.

6. Przerwa na lunch

Przerwa na lunch to jedna ze szwajcarskich świętości. Na początku mnie to wkurzało niemiłosiernie, że do nikogo się nie można w środku dnia dodzwonić. Na zakupy nie można iść, bo dzikie tłumy kupują akurat kanapki albo dania na wynos. Butelek nie można do kontenerów wyrzucać, bo hałasują. Helikoptery nad głowami nie mogą latać, bo zagłuszają ciszę.

Teraz podchodzę do tego inaczej. Lunch to czas święty, jak niedziela. Jak siedzę na balkonie i rozkoszuję się zupą, to ma mi tu nic mojej błogiej ciszy nie zakłócać. Z oczu sypią się gromy nienawiści na telefon, który nieśmiało próbuje dzwonić. Szkoda tylko, że ta zasada nie obowiązuje dzieci siedzących przy stole…

7. Uprzejmości na ulicach

Bardzo by mi brakowało tego, że nikt na mnie nie trąbi, nawet jak mu przed nosem śmignę na rowerze. Nikt na mnie nie trąbi, nawet jak z pisklęciami nie zdążę czmyhnąć na drugą stronę ulicy i połowę przejścia dla pieszych pokonuję już na czerwonym. Tego, że na skrzyżowaniu równorzędnym panuje nie zasada, kto pierwszy przejedzie, tylko kto pierwszy kogo przepuści. Tego, że na wąskich berneńskich uliczkach samochody cierpliwie czekają, aż będą mogły się wyminąć. Tego, że nawet jak się obok nich zmieszczę  na rowerze i z przyczepką, to i tak zostawią mi wolną drogę, aż sobie spokojnie przejadę. Tego, że w samym centrum Berna tramwaje, autobusy, rowerzyści i pieszy korzystają z tych samych ulic i cały czas się o siebie ocierają, a mimo to nie ma żadnych wypadków.

wycieczki po Szwajcarii

Tak, trochę by mi brakowało mojej Szwajcarii.

A Wam?

Krowy w Szwajcarii

blankaleg

Sasso Bianco Ticino Szwajcaria

wycieczki po Szwajcarii

Śmierdzące jajo na wagę złota. O tym, co Berno zrobiło ze spadkiem, w którym łapki maczali bezpośrednio najwięksi zbrodniarze w historii.

Mili Państwo, dzisiaj będzie o gołych babach.

O degeneratach, zniszczonych wojną ludziach, o złych nazwiskach i o tym jak polityka może wpływać na sztukę. Oraz o tym, jak  trudno 70 lat po wojnie osądzić jednoznacznie, że białe jest białe, a czarne jest czarne.

Myślicie, że będzie o aktualnej sytuacji w Polsce, żołnierzach wyklętych i konflikcie z Izraelem i Ukrainą?

Otóż nie, ta historia dotyczy Szwajcarii. I tak jak w thrillerach Hitchcocka najpierw będzie trzęsienie ziemi, a potem napięcie wzrośnie.

A wszystko zaczęło się całkiem niewinnie od pewnego spotkania w pociągu z Zurychu do Monachium w 2010r.

Niemiecki strażnik celny zainteresował się starszym, dobiegającym do 80tki, dobrze ubranym panem, który przewoził w kopercie znaczną kwotę pieniędzy. Samo przewożenie gotówki przez granicę nie jest zakazane, ale starszy pan przyznał, że pieniądze uzyskał ze sprzedaży obrazu w Bernie. Padło podejrzenie o oszustwo podatkowe i dociekliwy celnik zapytał się wujka Google, co też ten wie o spotkanym pasażerze, niejakim panu Gurlitt.

P1040167
Ernst Ludwig Kirchner

Gurlitt. To nazwisko to słowo klucz w całej tej historii.

Bo uprzejmy wujek Google doniósł celnikowi, iż Hildebrand Gurlitt był w latach 30-tych XX wieku jednym z oficjalnych handlarzy dzieł sztuki działającym na zlecenie nazistowskich Niemiec. A spotkany w pociągu całkiem nie-miły pan to jego syn, Cornelius Gurlitt.

Niedługo potem policja celna zapukała do drzwi starszego pana i w małym mieszkaniu w Monachium znalazła ponad 1200 dzieł sztuki – obrazy równiutko upakowane w kartony i szafy, a grafiki i rysunki w szufladach. Tak, jakby nikt ich od dziesięcioleci nie wyjmował i nie oglądał. Tak, jakby nie były to dzieła najwybitniejszych niemieckich modernistów XX wieku, warte kilka milionów euro.

Do kogo należały te obrazy? Czy Hildebrand Gurlitt był tylko uczciwym koneserem sztuki i handlarzem, który uratował dla świata skazane na zagładę dzieła? Czy były to zagrabione w czasie wojny obrazy, których właściciele już dawno nie żyją? Czy Gurlitt kupował je legalnie, przez co był ich prawowitym właścicielem? Czy też jego syn, Cornelius zdawał sobie doskonale sprawę z ich pochodzenia i dlatego nigdy nie ujawnił swojego skarbu?

To teraz będzie o tych gołych babach.

P1040170a
Otto Mueller

Żeby łatwiej sobie wyobrazić, o czym mówimy, to rzucę kilkoma nazwiskami. Kojarzycie Picassa? Albo Edwarda Muncha? Paul’a Klee? No znani są, nie ma co ukrywać. To prekursorzy sztuki modernistycznej, która popularność zdobywała od początku XX wieku. Surrealizm, ekspresjonizm, kubizm, dadaizm – to wszystko nowe nurty, zrywające z dotychczasowym, klasycznym podejściem do sztuki. Ojciec Gurlitt był koneserem, dyrektorem muzeum i właścicielem galerii. Oraz znawcą i wielbicielem sztuki abstrakcyjnej. Utrzymywał bliskie kontakty z młodymi niemieckimi i europejskimi artystami, zapraszał ich do siebie i wystawiał ich dzieła w muzeum i swojej galerii. Wiedział, że te dzieła dopiero nabierają wartości. Wiedział, w co inwestować.

Był też – co ciekawe, mimo swojego żydowskiego pochodzenia – oddanym członkiem NSDAP i jednym z najbliższych doradców Josepha Goebellsa i Hitlera. To on namawiał nazistowską wierchuszkę, aby z młodych niemieckich artystów zrobić symbol nowej, niemieckiej propagandy. Nowe Niemcy, nowa sztuka.

Kojarzycie jakieś surrealistyczne obrazy będące symbolem nazistów?

Nie? To całkiem słusznie. Bo wbrew radom Gurlitta stało się dokładnie odwrotnie. Narodowy socjalizm niemiecki został zbudowany na obrazach zdrowych, jędrnych i aryjsko wyglądających chłopców oraz bujnych w kształty i rześkich panienek, a nie rozmytych liniach, bezkształtnych figurach i wściekłych kolorach.

P1040181
El Lissitzky

Jednym podpisem Hitlera cała sztuka modernistyczna została uznana za zdegenerowaną. Degeneraci, wypaczeńcy, pokazujący skrzywioną rzeczywistość, obdartą z piękna i naturalistyczną. Dla nich nie było miejsca w nazistowskim reżimie. Od tej pory tylko artyści uznający oficjalną linię propagandy sztuki niemieckiej mieli prawo tworzyć, wystawiać swoje dzieła w muzeach i galeriach oraz je sprzedawać.

Ale nie tylko o sztukę tutaj chodziło.

Nie zdziwi chyba nikogo fakt, że do worka z degeneratami zostali wrzuceniu artyści, malarze, pisarze i rzeźbiarze pochodzenia żydowskiego, jak również socjaliści i komuniści. Ich prace zostały usunięte ze wszystkich publicznych placówek kulturalnych, często też konfiskowane z prywatnych pracowni.

Do tej grupy zaliczono również prace pacyfistyczne, w tym słynne dzieła uznanych już wtedy twórców niemieckich z czasów I wojny światowej. Ogrom doznanych cierpień odcisnął swoje piętno na walczących na wojnie artystach. Ich prace były ponure, krwawe, obnażające tragizm wojny. Tym samym nie pasujące do promowanego przez hitlerowców kultu zbrojenia i silnego państwa.

O hipokryzjo historii! – kategoria dzieł zakazanych była na tyle szeroka, że z życia publicznego usunięto też zasłużonych działaczy NSDAP, jeżeli tylko padło podejrzenie, że mogą mieć do czynienia ze sztuką zdegenerowaną. Żydowskie pochodzenie było ważniejszą przesłanką, niż oddanie dla partii narodowo-socjalistycznej. Mówimy tu o połowie lat 30-stych, kiedy partia Hitlera dopiero doszła do władzy. Czystki, czystki w państwie…..

P1040177a
Christian Rohlfs

Zebrane/zagrabione z muzeów i galerii dzieła zostały pokazane na oficjalnej, propagandowej wystawie „Zdegenerowana sztuka” w Monachium w 1937 r. „Chore” i „antygermańskie” miały zakorzenić w nieobytych ze sztuką Niemcach pogardę dla abstrakcjonizmu. W kolejnych latach wystawa objechała po całych Niemczech, a zaraz po niej pokazywano „porządną”, propagowaną przez nazistów sztukę.

Co się dalej stało z obrazami? 

Tutaj na scenę ponownie wkracza Gurlitt ojciec. Jako jeden z czterech oficjalnie uznanych przez reżim handlarzy sztuki miał prawo sprzedawać na zagranicznych aukcjach cenne dzieła modernistyczne, aby sprowadzać do kraju niezbędne dewizy. Niektóre z nich były też wymieniane na inne, klasyczne dzieła. Oficjalnie – zostały publicznie spalone w Berlinie w 1939 r., ale taki los spotkał tylko te obrazy, których nie udało się sprzedać.

Czy wszystkie oferowane obrazy pochodziły z konfiskaty? Nie. Atmosfera w Niemczech robiła się coraz gęstsza, część artystów i koneserów sztuki chciała za wszelką cenę opuścić kraj. Swoich kolekcji nie mogli ze sobą zabrać, gdyż III Rzesza nałożyła na wywożone dzieła opłaty celne w wysokości ich rynkowej wartości. Organizowano więc aukcje sztuki, gdzie obrazy były całkiem legalnie sprzedawane. Legalnie, ale czy uczciwie? Wiadomo, że w obliczu zagrożenia uciekinierzy sprzedawali często swoje kolekcje za bezcen.

Kolekcje, które potem trafiały na aukcje i do muzeów na całym świecie.

Szwajcaria dwukrotnie w 1939 r.organizowała aukcje sprzedaży niemieckich modernistów. To dobrze, czy źle? Czy wspierała przy tym finansowo Hitlera, czy też ochrona i wykup od nazistów dzieł sztuki było celem nadrzędnym?

P1040168
Otto Mueller

Kiedy w Niemczech cała sprawa z Gurlittem wyszła na światło dzienne, wybuchł skandal. Poniekąd dlatego, że władze milczały przez dwa lata, a sprawę ujawnili dziennikarze. Czy policja celna miała prawo konfiskować całą prywatną kolekcję?

I kto jest tak na prawdę jej prawowitym właścicielem? Oto pytanie za 100 punktów.

Spadkobiercy artystów? Niemieckie muzea? Prywatni kolekcjonerzy, którzy je sprzedawali poniżej wartości, czy też ci, którzy je kupowali na oficjalnych aukcjach od nazistów? A może Gurlitt, który działał w imieniu państwa – III Rzeszy i skrzętnie przechowywał wszelkie dokumenty legalizujące jego działania.

Gurlitt nie brał udziału w niszczeniu dzieł sztuki. Był koneserem, znawcą i admiratorem modernizmu. Wywożąc je za granicę – no właśnie, ratował? Zapewne jego synowi, Corneliusowi, łatwiej było tak właśnie postrzegać „misję” ojca.

A teraz czas na finał, morał się zaczyna.

Starszy pan z pociągu, Cornelius Gurlitt, był już mocno wiekowym i schorowanym panem. Niedługo po całej aferze mu się zmarło, a całą swoją kolekcję , dwa mieszkania i dom oraz środki finansowe ulokowane na różnych kontach bankowych, przekazał Kunstmuseum w Bernie.

Dlaczego akurat temu muzeum? Jego dyrektor zadawał sobie to pytanie tysiąc razy. Sam nawet przyznał, że na początku nie chciał odbierać telefonów od adwokata zmarłego, uznając całą historię za jedną wielką bzdurę.

I co tu zrobić z takim śmierdzącym jajem?

Pięknym, ale jednak śmierdzącym. Kolekcja Gurlitta jest unikatowa, warta kilka milionów euro, ale przy okazji mocno kontrowersyjna. Szwajcarzy nie chcieli być łączeni z grabieżami dzieł sztuki z czasów nazistowskich. I tak już wiele osób zarzucało im przez lata przetrzymywanie zrabowanego, żydowskiego złota. Ostatecznie muzeum podjęło decyzję o przyjęciu tylko tej części kolekcji, co do której pochodzenia nie ma wątpliwości.

Z liczącego w sumie ponad 1500 sztuk zbioru ponad 500 dzieł jest uznawane za zagrabione. Odnaleziono prawowitych właścicieli 5 dzieł. Cała reszta kolekcji przechowywana jest w Bonn, gdzie władze Niemiec kontynuują żmudną i wieloletnią pracę pozyskiwania informacji o pochodzeniu obrazów.

Część kolekcji Gurlitta była wystawiana przez ostatnie 3 miesiące w Bernie i jednocześnie w Bonn. Już niedługo nastąpi zamiana wystaw i od kwietnia będzie można w Szwajcarii oglądać dalszą część zbioru. Byłam na tej wystawie dwa razy – za każdym razem tłumy odwiedzających, bo ta historia jest tak niesamowita, że rozpala umysły wszystkich, którzy interesują się historią i sztuką. Przypadkowa kontrola celnika w pociągu wyciągnęła z ukrycia demony II wojny światowej. Gotowy scenariusz na hollywoodzki hit kasowy.

Może też nas czegoś nauczyć.

Tego, że nie zawsze białe jest białe, a czarne jest czarne.

Tego, jak się kończy ingerencja polityki w sztukę.

Tego, że pochodzenie może mieć większe znaczenie, niż talent i umiejętności.

Tego, że nie ma jednej prawdy oczywistej i czasy na nowo interpretują, kto jest bohaterem, a kto złoczyńcą.

Ku pamięci.

Ku przestrodze.

Bo historia lubi zataczać koło.

Film dokumentalny szwajcarskiej telewizji SRF o kolekcji Gurlitt:

Zdjęcia pochodzą z wystawy „Entarted – Degenerated Art” w Bernie

Kunstmuseum w Bernie: https://www.kunstmuseumbern.ch/

 

Zainteresował Cię ten artykuł? Więcej o kulturze i języku Szwajcarii możesz poczytać:

Czy ja mówiłam, że nie znam niemieckiego? Ha! To już znam!

Czy język może być uparty jak osioł? Dlaczego nie mogę się nauczyć niemieckiego?

O psie, co wkroczył na wyżyny sztuki

Co ja tutaj robię? #6 Da da da i L.H.O.O.Q

 

Kunstmuseum Bern

blankaleg

P1040167

P1040181

P1040177a

P1040168

Czego się musiałam nauczyć, jako matka szwajcarskiego dziecka?

Moje dziecko zawsze jest brudne

Im bardziej deszczowy i ponury jest dzień, tym więcej moje szwajcarskie dziecko ma zabawy na najbardziej brudnym z możliwych placów zabaw. Takie jest przynajmniej założenie żłobków i przedszkoli. Ogólnie przyjęta w narodowym referendum polityka prorodzinna mówi, że dzieci, aby się dobrze rozwijały muszą być brudne. Do realizacji tego szczytnego celu służą oczywiście instrumenty ochronne takie jak kalosze i nieprzemakalne spodnie, ale i tak zdarzają się takie dni, kiedy z uśmiechem pełnym podziwu dla osiągnięć mojego berbecia żłobianka vel przedszkolanka mówi: Tak się dzisiaj dobrze bawił na placu zabaw, że był cały przemoczony, aż po pieluchę! A ja, jako matka małego Szwajcara muszę pokazać, jaka jestem z tego dumna.

Z drugorodną było mi już łatwiej. Naprawdę?? Zjadała liście z ziemi? O, jak super!!! Tak, ja też uważam, że to słodkie.  

Moje dziecko wcina czekoladę

Mogę być dumna z tego, że przy całej swojej rygorystyczności uchowałam pierworodnego bez słodyczy do 1,5 roku życia. A potem przyszły Święta Bożego Narodzenia i niekończące się czekoladowe kalendarze adwentowe, przysmaki od Mikołaja i wieczne karmienie dzieci czekoladkami. Jak się zaczęło, tak trwa. Taaak. Mogę oczywiście zastrzec w żłobku, żeby moje dziecko nie jadło słodyczy z innymi berbeciami. A potem wytłumaczyć to dwulatkowi. No to powodzenia. Ha ha ha, już widzę, jak mi się to udało. W takim kraju jak Szwajcaria jedzenie czekolady to świętość narodowa i nikt nie widzi w tym nic złego. Oczywiście nie codziennie i nie w hurtowych ilościach. Pewnie dlatego wypuszczają potem dzieci na żer brudnych skwerków, żeby ukryć plamy po słodyczach.

Poddałam się, nie będę walczyć z antymaterią. Jak dorośnie będzie sam zmagał się z czekoladoholizmem, jak matka.

Moje dziecko musi mieć matkę kurę i ojca pirata

Do tej pory udawało nam się prześlizgnąć w byle peruce lub śmiesznych okularach, ale w tym roku sprawa robi się poważna. Jeszcze rok temu mój szwajcarski pisklak, który na jeden dzień karnawału stał się żłobkowym smerfem nie do końca rozumiał, o co kaman. Teraz rozumie już coraz więcej i wstyd być tak nonszalancko nieszwajcarskim i iść na karnawał bez porządnego przebrania. A karnawał w Szwajcarii to świętość. Publiczne spędy i pochody organizowane są na przestrzeni stycznia i lutego w niemal co drugim mieście i wsi. Głupio Ci być kurczakiem lub dinozaurem? Ha! Pomyśl, jak głupio Ci będzie, jak wszyscy wokół Ciebie są przebrani, a ty nie. Nic to, trzeba zainwestować w porządny kostium karnawałowy.

Pocieszające jest tylko to, że dorośli Helweci nadal czują miętę do dziecięcych przebieranek i po zmroku wciąż udają Indianina lub rybę zalewając przez pół nocy robaka. Może ten zalany robak mi pomoże uporać się z psychiczną traumą po byciu kurą.

Moje praworządnie szwajcarskie dziecko wymusza na mnie bycie praworządnie szwajcarską matką

Koniec cwaniakowania po warszawsku. Od kiedy berbeć rozumie, że „czerwony ludzik mówi stop, zielony ludzik mówi idź” nie wolno mi przejść na czerwonym świetle na pasach, nawet jak pustki i wiatr hula dookoła. Zostanę ofukana i będzie mi to wypominane przy każdym następnym przejściu. Dotyczy to też zwykłych bezludzikowych pasów i z całym rygorem respektowanej w Szwajcarii zasady, że pieszego ZAWSZE i BEZ GADANIA się przepuszcza. Moje rowerowe „jeszcze się zmieszczę” zanim ktoś dojdzie do pasów zostało zamienione na „naciskaj matka na hamulec”. Czujne dwie pary oczu z rowerowej przyczepki wszystko widzą i wszystko doniosą.

Moje dziecko ma kask zamiast głowy

Szwajcarskie pisklaki są mocno rozbrykane i mają dużą dozę swobody w zabawie, ale bezpieczeństwo stawia się na pierwszym miejscu. Dzieci na rowerach, fotelikach rowerowych i w przyczepkach mają prawie zawsze kaski – nie mówiąc już o nartach, czy łyżwach. Ale kaski są też przyklejone do głów śmigających na hulajnogach dwulatków (tak, tak – dwulatków!) czy też berbeci wiszących na linowych drabinkach w małpim gaju. Możesz włazić, skakać, wisieć do góry głową i nawet spaść – bo od tego masz kask.

Przekłada się to też na fakt, że zamiast głowy kask mam ja. Bo skoro on w kasku wszędzie, to dlaczego mamusia nie? Muszę przyznać, że to wyjątkowo nielubiany przeze mnie element garderoby i chociaż przez większość swojego hmm..stoletniego rowerowego życia uchowałam się bez kasku, to teraz muszę karnie służyć przykładem.

A propos hulajnogi, to to wyjątkowo rozpowszechniony w Bernie środek transportu dziecięco-młodzieżowego. U was też tak jest? Jak tak dalej pójdzie to jeszcze mi przyjdzie na stare lata uczyć się jeździć na hulajnodze. W kasku.

Lista krótka, ale to dopiero początek… Ciekawe, jaka będzie ze mnie Matka Polka, jak kurczaki pójdą do szkoły i zaczną mi z kolegami świergolić w domu w bärnduutsch.
Będę im serwowała kanapki posypane serem do fondue (jak pewien znany polsko-szwajcarski bloger parentigowy), czy też lepiła pierogi z kapustą i uczyła śpiewać Sto lat nad kompotem z jabłek.

A wy? Jak bardzo zmieniliście się jako rodzice wychowujący swoje dzieci w Szwajcarii?

Ja to chyba jakaś spaczona blogerka jestem, bo miało być o Szwajcarii, a ja o tych dzieciach i dzieciach. No nic, skoro lubicie czytać, to tu jest jeszcze trochę:

To jak panie kierowniku, robić? Robić, robić, panowie- ale dzieci!

Czym się różnią polskie dzieci od szwajcarskich?

9 nostalgicznych wspomnień o dorastaniu w Szwajcarii. Tfu, w Polsce 

Dlaczego fajnie jest mieć dzieci w Bernie?

Szpieg z krainy deszczowców w poszukiwaniu Putina na szwajcarskiej porodówce

Ps: Dzisiejszy post powstał spontanicznie jako hołd dla jedynego szwajcarsko-ojcowsko-parentingowego bloga o nazwie Paparentaladvisory, który w styczniu zakończył swoją aktywność aktywną na rzecz aktywności biernej.

Lambert, czekamy na nowy blog Swiss Tales. Powodzenia!

Karnawał w Szwajcarii

blankaleg

❌